Skocz do zawartości

  • instagram
  • facebook

Zdjęcie

Aen Seidhe

ruda wiedźmin fanfic aenseidhe

  • Zaloguj się, aby dodać odpowiedź
78 odpowiedzi w tym temacie

#61 Ruda

Ruda
  • 129 postów
  • Płeć:Kobieta
  • Lokalizacja:Honolulu

Napisano 17 wrzesień 2017 - 23:02

Mmmm, Rhena i Iorweth sami w namiocie... :rolleyes:

Mogę obiecać, że jeszcze nie raz będą sami ;)

 

Taa, odezwała się abstynentka xD

Ale ona nie padła... a przynajmniej nie tak jak Tharlen  :lol: 

 

Nie ma to jak psuć potencjalnie romantyczny moment wspomnieniem o innym mężczyźnie. Brawo Iorweth. A później będziesz głowy obcinał, bo ci dziewczynę odbili   :clap2: No dobra, niczego w sumie nie zepsuł, ale wzmianka wybitnie nie na miejscu. Jak nie wiesz co powiedzieć, to zapraszam na lekcje do Cullena z Dragon Age xD 

Dobry ten filmik, ale im też przerwano XDD Choć facet wziął się do dzieła i dokończył, co zaczął :P

 

Nosz, kurrrrr   :rant:  Geralt!!! Jak nie nekkery to wiedźmin, no serio?! Można mieć większego pecha?

Ahaha xD A tak niewiele brakowało...  :rolleyes: 

 

No dobra, chociaż powód miał dobry. No ale zaskoczenie, że Filippa mogła mieć coś wspólnego ze śmiercią Saskii, gdzie Iorweth miał mózg wcześniej, że tego nie ogarnął?  Przecież ona powinna być jego pierwszą podejrzaną  ;)

Może nie tyle co nie ogarnął, ale  uznał, że skoro dziewczyna nie żyje to i tak już po fakcie, a a jest parę ważniejszych rzeczy, jak szukanie winnych ;)
 

Lepiej dla Saskii, żeby faktycznie umarła xD wszyscy wiemy jak w W2 loża się nią posłużyła...  :mellow:

Cholercia, chciałabym coś zdradzić, ale nie mogę...  :shutup: 

 

Nie no pewnie...od razu nie chcą Iorwetha wykorzystywać tylko od razu zabić. Radziły sobie z trudniejszymi przeciwnikami, a teraz trzęsą kieckami przed elfem? Noo noo xD

Czasami mam do siebie pretensje, że nie zawieram w scenach wszystkiego co bym chciała...  <_< Ta scena jest  dość okrojona, miała być dłuższa, ale się rozmyśliłam i nie opisałam wszystkiego, no i wyszło jak wyszło xd Czarodziejki po prostu chcą usunąć Iorwetha, który mógłby im popsuć szyki, jeśliby znalazł Saskie prędzej, na pewno powiedziałby jej wszystkiego czego się dowiedział, na dodatek Geralt by pewnie potwierdził, przez co ciężko byłoby zmanipulować dziewczynę do własnych celów. Nie ma Iorwetha, nie ma problemu, poza tym Filippa nie zdążyła uleczyć Smokobójczyni i zaczarować jej, jak to było w drugiej odsłonie Wieśka, więc szuka sposobu, jakby tu podejść ją od innej strony :)

 

Ale kurcze jestem ciekawa co z Saskią, bo jeśli żyje to dla Kaedwen jest jeszcze jakaś nadzieja. Nawet jeśli ten Stennis, książę od siedmiu boleści, już prawie wszystko zaprzepaścił. Bo wiele można na Smokobójczynię narzekać, ale ludzi potrafiła sobie zjednać. Tylko jeśli ona żyje to relacja Rheny i Iorwetha skomplikuje się jeszcze bardziej (chociaż w sumie nie wiem czy to jest jeszcze możliwe)  <_<

Co racja, to racja, pod tym względem Saskia miała sporą przewagę i jako dowódczyni sprawdzała się idealnie, dlatego między innymi jest taka ważna w całym tym zamieszaniu. Co do relacji Iorwetha i Rheny... uchylę rąbka tajemnicy i zdradzę mały szczegół. Za kilka odcinków, Saskia będzie najmniejszą komplikacją relacji, jaka mogłaby ich spotkać ;)

Dzięki za komenta  :wub: 



 


gallery_57_14_140762.gif
Ayd f'haeil moen Hirjeth taenverde...


#62 Kędziorek

Kędziorek
  • 518 postów
  • Płeć:Kobieta
  • Lokalizacja:Poznań

Napisano 18 wrzesień 2017 - 21:55

- Krew. To coś nadzwyczajnego? – zapytał, kierując się do swojego namiotu.

No w sumie każdy swoją ma, ale jedna z Zasad Medycyny Ratunkowej mówi: "Powietrze wchodzi i wychodzi, krew zasuwa w kółko. Jakiekolwiek odstępstwa są niedobre." Sorry, Iorweth, krew na ubraniu zamiast w naczyniach krwionośnych to niedobre odstępstwo xD

 

Zrobiła nadąsaną minę

Rhena wyciągnęła kobiecą broń ciężkiego kalibru, żaden facet nie ma szans :lol:

Co zresztą widać, skoro Iorweth od razu się zaczął rozbierać xD

 

- Fakt, był wściekły, że go zostawiliśmy, ale nikt nie kazał mu upijać się do nieprzytomności – odpowiedziała

Gdyby nie Lis, skończyłaby pewnie w łóżku Jaskra, więc jakby to powiedzieć... Przyganiał kocioł garnkowi. Therlana nie miał po prostu kto ratować :D

 

teraz, kiedy od dłuższego czasu nie pił ani grama, próbuje sobie z tym radzić na inny sposób

Jaki?  :u347miechwrednyth7:

 

w końcu jesteś mu bardzo bliska. Zależy mu na tobie.

:wall:

 

Czuł, że te słowa powinny zostać w jego głowie.

No co ty nie powiesz...

 

O rany, najpierw przeprasza, potem twierdzi, że mimo wszystko nie żałuje, a potem, że w sumie nie wie, czemu przeprosił w takim razie. A podobno to baby są skomplikowane... Rhena! Weźże go w końcu na porządnie w obroty, bo widzisz, że chłop się gubi w zeznaniach! :lol:

 

Pragnęła być jego, nie mogła jednak wymusić na nim podobnego pragnienia.

Jak to nie możesz?! Możesz! Pozwalam!

 

O rany, było tak blisko... TAK. BLISKO.

Geralt, niniejszym wrzucam cię do jednego worka z nekkerami  :shoot2: No po prostu słoma z butów mu wychodzi. Czy Wieśka nie nauczyli, że jak się idzie w gości, to się przestrzega zasad panujących w domu gospodarza? A ten nic! W chlewie chowany! Co za menda...

 

Tak w ogóle to dziwne, że Iorweth tak po prostu przyjął wieść o śmierci Saskii i nie szukał sprawców choćby po to, by się zemścić. No podobno ją kochał, a to już wystarczając powód, co nie? Co tak.

 

- Mam nadzieję, że to, co tutaj usłyszycie zostanie tylko i wyłącznie między nami

A następnego dnia na tablicy ogłoszeń... :rolleyes: :lol:

 

Sabrina Glevissig, odziana w wyzywającą suknię w kolorze czerwieni, która odsłaniała więcej niż zasłaniała

Mnie to zawsze zastanawiało, ile ona mają kasy, że im zawsze na materiał do sukien braknie xD

 

– Smoki wyginęły i zostało po nich tylko kilka ingrediencji, które magowie trzymają na specjalną okazję. 

(y) Borch Trzy Kawki lubi to.

 

będziemy musiały podjąć co do niego stosowne kroki. 

Tja, żeby on nie podjął co do niech stosownych kroków. Durne babsztyle.

 

 

Cherrie, jest Cullen, jest like (y) xDD

RPiYuwI.gif


  • Ruda lubi to

#63 Ruda

Ruda
  • 129 postów
  • Płeć:Kobieta
  • Lokalizacja:Honolulu

Napisano 18 wrzesień 2017 - 23:32

Rhena wyciągnęła kobiecą broń ciężkiego kalibru, żaden facet nie ma szans :lol:

Co zresztą widać, skoro Iorweth od razu się zaczął rozbierać xD

No cóż, są takie rodzaje artylerii,. że nie da rady z nimi konkurować xDD

 

Gdyby nie Lis, skończyłaby pewnie w łóżku Jaskra, więc jakby to powiedzieć... Przyganiał kocioł garnkowi. Therlana nie miał po prostu kto ratować  :D

Skończyłaby zapewne, tak jak mówisz, pytanie tylko co by sie stało potem? :D

 

Jaki?   :u347miechwrednyth7:

Zapytaj Cedrica  :lol: 

 

O rany, najpierw przeprasza, potem twierdzi, że mimo wszystko nie żałuje, a potem, że w sumie nie wie, czemu przeprosił w takim razie. A podobno to baby są skomplikowane... Rhena! Weźże go w końcu na porządnie w obroty, bo widzisz, że chłop się gubi w zeznaniach!  :lol:

No cóż, on sam do końca nie wie czego chce i czy to, czego chce będzie dobre i jeszcze bardziej nie skomplikuje ich relacji xD

 

Tak w ogóle to dziwne, że Iorweth tak po prostu przyjął wieść o śmierci Saskii i nie szukał sprawców choćby po to, by się zemścić. No podobno ją kochał, a to już wystarczając powód, co nie? Co tak.

Tak jak odpisałam Cherrie, w tamtej chwili nie było zbytnio czasu na zemstę. Najważniejszą opcją stało się ratowanie Cedrica. No i gdzie miałby zacząć? Vergen nie jest w tej chwili przyjazne elfom, a Filippa, jest dla Iorwetha postacią nieuchwytną. No, przynajmniej na tą chwilę ;)

 

Tja, żeby on nie podjął co do niech stosownych kroków. Durne babsztyle.

No cóż.. kto inny je podejmie  :cool: 

Dzięki za komenta  :wub: 











Rozdział 4 (cz.1)
gallery_57_12_1215495.gif




                 Geralt wyszedł z osady Wiewiórek, z głową pełną informacji. Dowiedział się wszystkiego, czego chciał i w końcu mógł zobaczyć się z Triss, by porozmawiać na temat spotkania Loży Czarodziejek, w którym brała udział. O dziwo Iorweth, który na początku nie miał nawet zamiaru pisnąć słowem, rozgadał się jak przekupka na targowisku. Wiedźmin domyślał się, że była to zasługa Rheny. Elfka miała na watażkę duży wpływ, choć pewnie on sam nie do końca zdawał sobie z tego sprawę. Tak czy inaczej liczyło się, że pomogła.

Siwowłosy wszedł do karczmy i porozglądał się po pomieszczeniu. Z racji, że w centrum miasta wciąż trwało wesele, było tu dzisiaj wyjątkowo pusto. W jednym kącie siedziało kilku niedobitków, którzy przysypiali przy stole, w drugim zaś siedział Jaskier z Zoltanem. Mimo przygaszonego światła dało się zauważyć, że bard minę ma nietęgą, a jego twarz jest blada, jak wapienna ściana. Riva trochę dziwiło, że nadal nie ma czarodziejki ale był pewien, że przyjaciele wiedzą coś na ten temat. 
                 - Jaskier... – Wiedźmin przysiadł się do stolika, spoglądając na barda z zaskoczeniem. – Wyglądasz jakbyś spotkał po drodze jakiegoś upiora. Co się dzieje?
Mężczyzna upił spory łyk piwa i westchnął cicho, odstawiając kufel na blat.
                 - Biada mi... biada! – odparł lekko podniesionym tonem. – Już jestem martwy.
                 - Powtarza się tak ku*wa już od godziny. Ocip*eć można – wtrącił się krasnolud.
                 - Pewnie jak zwykle przesadza. – Geralt opadł plecami na oparcie i skrzyżował ręce na klatce piersiowej. – Mów Jaskier, co jest?
                 - Roche. Dostałem wiadomość od temerskiego posłańca, że mam czekać w mieście, Niebieskie Pasy jadą w tym kierunku.
                 - Więc zbieraj manatki i wyjeżdżaj. Znając twoją nieodpartą chęć mielenia ozorem, wygadasz, że Wiewiórki są w okolicy, a nikomu nie potrzebne jest kolejne piekło, które rozpęta się po tej wiadomości. Jak nie zginiesz z rąk Roche'a to dopadną cię Scoia'tael. 
                 - Jak nie trumna to grobowiec... – westchnął bard. – Jeśli wyjadę wzbudzę podejrzenia, nie mogę Geralt, muszę stawić temu czoła. 
                 - Bohater się znalazł... – warknął Zoltan, po czym dopił swoje piwo.
                 - Nie denerwuj mnie Jaskier. – Wiedźmin spojrzał gniewnym wzrokiem na przyjaciela. – Musiałbym ci zaszyć gębę, żebyś nic nie powiedział, ty nie umiesz trzymać języka za zębami. Kiedy mają się tu zjawić Temerskie Oddziały Specjalne?
                 - Są dzień drogi stąd, powinni dotrzeć na jutro wieczór. 
                 - W takim razie masz sporo czasu żeby się ukryć. Zabieraj się i to jak najszybciej.
                 - A co z tobą? – Mężczyzna zmierzył wzrokiem przyjaciela.
                 - Muszę się dowiedzieć od Triss, co się działo na spotkaniu Loży. Postaram się ochronić ci tyłek przed Vernonem.
                 - Cholera, Geralt... – Krasnolud westchnął ciężko.
                 - Co znowu? Mną się nie przejmujcie, poradzę sobie z Roche'em.
                 - Nie o to chodzi. Triss nigdzie nie ma. Jaskier poprosił mnie, żebym pomógł mu jej szukać. Wyjaśnił jaka jest sprawa, więc popytałem tu i tam... Zniknęła, dosłownie rozpłynęła się w powietrzu. 
                 - Mam nadzieję, że to żart... – Wiedźmin ściągnął brwi, patrząc na przyjaciół.
                 - Żaden żart – odezwał się Jaskier. – Rozmawiałem z nią przed spotkaniem Loży, kazała mi czekać na siebie przy wyjściu z sali weselnej. Powiedziała, że jedyne co zdradziła jej Filippa to, że sprawa dotyczy Vergen. Potem zniknęła wraz z resztą czarodziejek na piętrze. Próbowałem cokolwiek podsłuchać, ale rzuciły zaklęcie, nie dało się usłyszeć ani słowa. Czekałem na Triss, ale się nie pojawiła.
                - Kto jeszcze był na tym spotkaniu?
                - Sama śmietanka. Keira Metz, Sheala de Tancarville, Assire var Anahid, Sabrina Glevissig i Francesca Findabair. 
                - Francesca Findabair? Co, do cholery, elfia księżna robiła w takim miejscu? I skąd Roche wie o Loży?
                - Nie wiem Geralt. Jedyne co wiem to, że Triss zniknęła i jestem pewien, że ma to związek z tym, co czarodziejki postanowiły na tych obradach. 
                - A ja odnoszę wrażenie, że planują coś paskudnego, a Triss zniknęła bo nie chciała cię mieszać. – Zoltan zmierzył Riva niepewnym wzrokiem.
                - Ku*wa... – Wiedźmin zaklął siarczyście. – Muszę ją znaleźć – spojrzał na przyjaciół z nietęgą miną. – A ty Jaskier, podnoś rzyć i zabieraj się z Vattweir. Nie chcę patrzeć, jak zbierają cię z ziemi w kawałkach. Iorweth jest na ciebie tak wściekły, że jak cię spotka to obetnie ci łeb, a przynajmniej tak wywnioskowałem z jego wypowiedzi.
                 - Co tak właściwie powiedział ci Iorweth? – zapytał krasnolud.
                 - Mówił o rebelii, jaką planowali z Saskią. O tym, jak wysłał kilku swoich na wschód, gdzie przebywają inne komanda Scoia'tael. Chciał zyskać nowych sprzymierzeńców w walce z Henseltem, więc zaprosił tamtejszych Aen Seidhe do współpracy. Na jego wezwanie odpowiedziała Loa'then spod Zerrikani, która ma pod sobą około stu pięćdziesięciu elfów. Wraz z komandami Iorwetha, jest ich łącznie prawie trzystu, Kaedwen nie miałoby najmniejszych szans. 
                  - Cholera, wysieklibyśmy ich jak mrówki z taką pomocą. Słyszałem, że na tych zerrikańskich elfach, nilfgaardczycy zjedli sobie zęby. 
Bard spojrzał na przyjaciół z zaciekawieniem. Ani myślał gdziekolwiek się ruszać. 
                  - Co planują Scoia'tael? Ma to związek z Vergen, czy może idą w innym kierunku? – zapytał, dopijając piwo.
                  - Lepiej dla ciebie jeśli nie będziesz tego wiedział – odezwał się wiedźmin. – I tak za dużo przy tobie wygadałem. 
                  - Ty cholerny niedowiarku, nie mam zamiaru nikomu niczego wygadać – oburzył się Jaskier. – Powiedziałem już, nigdzie nie jadę. Poradzę sobie z Roche'em, zwyczajnie powtórzę mu to, co powiedziała mi Triss. Nie pisnę słówka o naszej rozmowie w karczmie, za kogo wy mnie macie?
                  - Za kogoś kto mieli ozorem, więcej niż ustawa przewiduje – odparł Zoltan. – Ale może faktycznie on ma rację, Geralt. Temerczycy mogą coś podejrzewać kiedy Jaskier zniknie, a jeśli jeszcze spotkają tu ciebie... Roche nie jest kretynem, może połączyć fakty. Trzeba rozegrać to ostrożnie. 
                  - Jak dla mnie – wtrącił bard, spoglądając na siwowłosego. – To będzie lepiej, jeśli ty się ukryjesz. Ja jestem tu z powodu zebrania Loży, Zoltan i jego kompania przybyli tu z Vergen z resztą krasnoludów, a ty...
                  - A ja przyjechałem za czarodziejką – dokończył Riv. – Sam Roche mi powiedział, że pojechała do Vattweir, choć ukrył w jakim celu. Mam alibi, więc nie muszę się chować po kątach. Gorzej będzie jak wycieknie, że przybyłem tu ze Scoia'tael. Pogrom w mieście gwarantowany...
                  - Powiedziałem już, że nie pisnę słowem.
                  - Jesteś pewien? Jeszcze chwilę temu byłeś blady jak ściana i bredziłeś o śmierci.
                  - Chcę się w końcu na coś przydać, odrobina zaufania nie zaszkodzi.
Wiedźmin westchnął głęboko, po czym przechylił się do przodu i zaparł łokcie na blacie.
                  - No dobra kamraci... więc jak chcecie to rozegrać?

                                                                                                                                                                                                      

***

                                                                                                                                                                                                      
Tego ranka, kiedy Rhena obudziła się z potwornym bólem głowy, domysły od razu padły na wiadomą jej rzecz. Zaklęcie rzucone przez czarodziejkę, przestało trzymać ją w całkowitym zdrowiu i powoli wracały wszystkie bolączki, z jakimi musiała się borykać od kilkunastu lat. Bycie bardzo starą elfką miało więcej wad niż zalet, ale mało który Aen Seidhe dożywał takiego wieku, by mógł się o tym przekonać. Jej się udała ta sztuka. Niestety, nieprzemijająca uroda jaką elfy były obdarzone do końca swego życia, mogła ukrywać wiek, ale nie mogła ukryć złego samopoczucia. Czarnowłosa wiedziała, że teraz każdy kolejny dzień jej życia, będzie loterią. Mogła czuć się źle lub dobrze, wszystko zależało od kaprysu jej sędziwego organizmu. Wiedziała również, że nie da sobie rady bez pomocy ziół. Nie chciała by ktokolwiek wiedział jak bardzo jest stara, a już na pewno nie chciała, by wiedział to Iorweth, dlatego musiała jak najszybciej poprosić Cedrica o zioła. Usiadła na łóżku i postawiła bose stopy na deskach, czując pulsujący ból w skroniach. Zaklęła pod nosem. Wstała i ubrała na siebie spodnie, przeklinając cały świat za męki które musiała przechodzić, po czym sięgnęła po luźną skórznię i zarzuciła ją na siebie. Kiedy ubierała buty na nogi, usłyszała czyjeś kroki pod swoim namiotem.
                 - Można wejść, już nie śpię – odparła, mocując się z wiązaniami.
                 - Ceádmil elaine. – Usłyszała znajomy głos. 
                 - Cedric. – Uśmiechnęła się, wiążąc sznurowadło w supeł. – Ceádmil, z nieba mi spadłeś – wyprostowała się i właśnie wtedy poczuła jak wiruje jej w głowie. 
Elf w ostatniej chwili złapał ją w objęcia, lecz nie obeszło się bez grymasu bólu na twarzy. Wciąż był obolały i jeszcze nie doszedł do siebie po przejściach we Flotsam. 
                 - Co się dzieje? – zapytał, patrząc na elfkę z niepokojem.
                 - Może i na mnie przyszła pora i czas niedługo umierać? – zażartowała, choć wiedziała, że jej żart może okazać się bardzo prawdziwy.
                 - Nawet tak nie mów. To ani trochę nie jest śmieszne – odpowiedział poważnie. 
                 - Nic mi nie będzie, potrzebuję tylko trochę ziół. – Uśmiechnęła się. – Za dużo mam jeszcze do zrobienia, bym dała się zabrać jakiejś kościstej suce z tego świata – dodała z przekąsem.
Nagle pod namiotem ponownie rozległy się kroki. Cedric i Rhena spojrzeli w stronę wejścia, w którym pojawił się nie kto inny jak sam Iorweth. Widząc czarnowłosą w objęciach przyjaciela, od razu poczuł dziwne ukłucie w sercu. Miał ochotę wyjść stąd jak najszybciej.
                 - Musimy porozmawiać – powiedział chłodno. – Przyjdź jak będziesz wolna.
Wycofał się i szybkim krokiem udał się do siebie. Po raz kolejny poczuł się zazdrosny, lecz tym razem o wiele bardziej niż ostatnio. Nie spodobało mu się to, co zobaczył.
                 - Oho... – Elfka przeniosła wzrok na przytulającego ją szatyna. – Widziałeś jego spojrzenie?
                 - Yeá – przytaknął Cedric, puszczając Rhenę. – Wyglądał jakby chciał mnie zabić. Czy wszystko już w porządku?
                 - Tak, w porządku, chociaż cholernie boli mnie głowa. Starość nie radość... – odparła cicho. 
Szatyn był jedynym elfem, któremu Rhena przyznała się do swojego wieku, choć obawiała się jego reakcji. Mimo że nie obyło się bez zaskoczenia, przyjął tę informację spokojnie. Nie spodziewał się jednak, że elfka będzie starsza od niego, o dobre pięćdziesiąt lat.
                - Zaparzę ci zioła – poklepał ją po ramieniu. – W międzyczasie może idź do Iorwetha, zanim pomyśli, że działasz na dwa fronty. 
                - A d'yaebl aep arse... – Westchnęła, chwytając za szczotkę. – Chciałabym wiedzieć, co siedzi w jego głowie – mówiła, przeczesując swe gęste loki.
                - Jak na mój gust, to on sam nie wie jak ma traktować to wszystko, co się wokół niego dzieje. Saskia nie żyje, a ty wspierasz go od dłuższego czasu, napędzasz do działania i trwasz przy nim. No i zbliżyliście się do siebie, nie tylko ja to zauważyłem. Może nie powinienem się wtrącać, ale powinnaś mu powiedzieć...
                - Cedric... - Elfka odłożyła szczotkę i przeniosła przybity wzrok na przyjaciela.
                - No dobrze, nie było rozmowy, twój wiek, twoja sprawa. – Uśmiechnął się niepewnie. – A teraz idź, bo Iorweth się wścieknie. Przyjdź do mnie potem po zioła, to porozmawiamy na spokojnie.
Rhena spojrzała w oczy Cedrica, odwzajemniając uśmiech, po czym ruszyła do wyjścia. Wiedziała, że może liczyć na tego elfa, jak na prawdziwego przyjaciela, nie musząc martwić się, że ją zdradzi, lub wyjawi jej sekrety.
Przeszła wolnym krokiem przez plac, czując jak głowa pulsuje jej wściekle. Słońce drażniło ją nieprzyjemnie, a wszystkie dźwięki rozbrzmiewające dookoła, wierciły jej w uszach wielkie dziury. Miała wrażenie, że zaraz eksploduje. Przyspieszyła kroku i wpadła do namiotu Iorwetha, mrużąc oczy przed światłem. 
                - O czym chciałeś ze mną porozmawiać? – zapytała cicho, masując się po skroniach.
Spojrzał na nią ze zdziwieniem, lecz postanowił nie wnikać co jej jest. W innym przypadku pewnie by zapytał, ale po tym co zobaczył w jej namiocie postanowił, że nie będzie się więcej mieszał między nią, a Cedrica. Zwyczajnie zdenerwował go ten widok.
                - Gwynbleidd był tu z Zoltanem godzinę temu i powiedział, że dzisiaj wieczorem do Vattweir mają przybyć Temerskie Oddziały Specjalne – wyrecytował jednym tchem.
                - Cholera. Czyżby trafili na nasz ślad?
                - Wątpię. Roche ma się tu zjawić z powodu zebrania Loży Czarodziejek. Jaskier miał tam powęszyć, ale dowiedział się jedynie, że te cholerne guślarki obradowały na temat Vergen. Była tam sama Francesca. – Elf spojrzał na czarnowłosą, której coraz ciężej było ustać prosto. 
                - Francesca? Nie podoba mi się to. A co z tym spotkaniem z Triss Merigold? Vatt'ghern dowiedział się czegoś? – zapytała szukając miejsca, gdzie mogłaby usiąść. Ostatecznie jednak oparła się o stół.
               - Czarodziejka nie pojawiła się w karczmie. Krasnolud i bard szukali jej, ale zniknęła. Podejrzewają, że ma to związek ze spotkaniem Loży – mówił, obserwując zachowanie elfki.
               - Rozumiem... – powiedziała niewyraźnie. – Wybacz, ale ja... – odsunęła się od stołu i zachwiała się.
Nie dokończyła zdania. Iorweth złapał ją gdy zrobiła, jak jej się wydawało, krok w kierunku wyjścia. W rzeczywistości mało co się nie przewróciła. Spojrzała na niego, nerwowo mrugając powiekami. Wszystko przed jej oczami, wirowało jak karuzela. 
               - Co się dzieje, Rhena? – Nie umiał być obojętny, kiedy była w pobliżu. Stało się to dla niego rzeczą niemożliwą i nie liczyło się, jak bardzo go zdenerwowała jeszcze chwilę temu. Objął ją i patrzył na jej pobladłą twarz z niepokojem.
               - Nie wiem co mi jest... – skłamała. Prawda nie przeszłaby jej przez gardło. – Potwornie boli. Już raz mało nie spadłam, gdyby Cedric mnie nie złapał pewnie rozwaliłabym sobie głowę. 
Iorweth poczuł ulgę, kiedy zrozumiał, że w jej namiocie nie zobaczył tego, o czym pomyślał w pierwszej kolejności. Pomógł elfce usiąść na sienniku i otoczył ją swym ramieniem. Zachował się zupełnie swobodnie i naturalnie, bez żadnego skrępowania i podchodów. Jakby robił to za każdym razem, kiedy czuła się źle.
               - Boli cię głowa? – odgarnął włosy z jej twarzy.
               - Cholernie – podsumowała krótko, wtulając się w niego.
Znów poczuł zapach jej skóry, który działał na niego pobudzająco. Wsunął rękę w czarne pukle elfki i delikatnie pomasował jej skroń kciukiem. Westchnęła cicho i objęła go mocnej, zamykając oczy. Lubiła jego dotyk.
               - Odpocznij. Ostatnie dni przeprawy były ciężkie i niewiele spałaś – powiedział spokojnie i również mocniej przytulił ją do siebie.
Nie miał pojęcia, że właśnie wymyślił jej kolejną wymówkę, którą mogła się zasłonić, by ominąć prawdziwą odpowiedź.
              - Pod warunkiem, że także odpoczniesz – odezwała się cicho. – I zostaniesz ze mną. Świat nie zawali się bez walecznego Iorwetha przez kilka godzin – dodała, próbując zapomnieć o bólu. Przy nim wydawało się to o wiele łatwiejsze.
Właściwie to czekał na takie słowa. Pragnął odpocząć i najchętniej zrobiłby to przy niej. Był coraz bardziej pewien tego, czego chciał.
              - Masz rację – szepnął, subtelnie uśmiechając się pod nosem. – Dlatego zostanę.

                                                                                                                                                                                                      

***

                                                                                                                                                                                                    
Ciaran i Adris, przebrnęli przez rzekę Dyfne i wkroczyli na szlak prowadzący do Vattweir. Obydwoje byli przemęczeni, gdyż ostatnio nie wiele sypiali. Chcieli się dostać do celu jak najszybciej, dlatego robili postoje tylko kiedy naprawdę musieli. 
Słońce świeciło wysoko na niebie, powoli zmierzając w kierunku zachodu. Przeprawa przez rwącą wodę zajęła sporo czasu i zabrała równie sporo sił, nie tylko im, ale także koniom. Wiedzieli, że nie mają szans by dotrzeć do osady przed zmrokiem, a zwierzęta są zbyt słabe by iść taki kawał drogi bez odpoczynku. Postanowili przejść jeszcze kawałek i zrobić sobie postój. 
                    - Mam nadzieję, że to ostatni przystanek przed Vattweir. – Westchnęła elfka, zsiadając z konia. – Wleczemy się jak żółwie przez te cholerne krzaki, już dawno nie widziałam tak gęstego lasu. 
                    - Dh'oine się tu nie zapuszczają, więc wszystko rośnie jak chciała natura – odpowiedział adiutant. – Nie marudź, więcej postojów nie będzie. 
                    - Nie marudzę, po prostu stwierdzam fakty, chutliwy elfie – syknęła, rozglądając się za drzewem na opał.
Ciaran spojrzał na Adris zaskoczonym wzrokiem. 
                   - Co znowu zrobiłem? Zachowujesz się jak wariatka, ciągle mnie o coś oskarżasz – powiedział, sięgając ręką po złamaną gałąź leżącą nieopodal. 
                   - Co zrobiłeś? – Zmierzyła go krytycznym wzrokiem. – Wykorzystujesz każdy postój, by się do mnie przykleić jak rzep. To cud, że jeszcze ci nie przylałam w gębę. 
                   - Trzymajcie mnie... – Elf wyprostował się i westchnął głęboko. – Sama narzekasz, że ci zimno, to robię co mogę, żebyś nie zmarzła. Typowa baba, co nie zrobisz, wszystko źle.
                   - Mógłbyś użyczyć koca, a nie pchać się z łapami – prychnęła, rzucając patyki na powiększającą się stertę. 
                   - Więc ja mam marznąć, a ty się będziesz grzała? Aż tak ustępować nie mam zamiaru, a jak ci nie pasuje, to się przytul do konia.
Elfka już chciała wygarnąć adiutantowi co o tym wszystkim myśli, kiedy nagle nieopodal rozległy się czyjeś podniesione głosy. Zamarła w bezruchu. Ciaran spojrzał na swoją towarzyszkę, nasłuchując kto zbliża się w ich kierunku. 
                   - Krasnoludy – powiedział ze zdziwieniem.
                   - Co oni robią w takim miejscu? - Adris zdjęła rękę z miecza. 
                   - Dowiedzmy się. – Skierował wzrok w kierunku szlaku, którym podążała kilkunastoosobowa grupka. 
Kompania złożona z kilkunastu krasnoludów, wędrowała rozmawiając głośno. Momentami przekrzykiwali się nawzajem, wyklinając wszystko na czym świat stoi, lecz kiedy drogę zastąpiły im elfy, wszyscy jak na znak cofnęli się kilka kroków i od razu sięgnęli po broń.
                   - Mówiłem, że te lasy niebezpieczne – odparł jeden z nich.
                   - Nie chcemy rozlewu krwi – odezwała się blondynka. 
                   - Więc jakiej cholery? Nie idziemy do Doliny Kwiatów co by was obrabować, chcemy tylko tędy przejść – powiedział inny, z brodą długą aż po pas. 
                   - W takim razie dokąd idziecie? – zapytał adiutant. Z racji, że krasnoludy ich nie rozpoznały, postanowił się jeszcze nie ujawniać. 
                   - Do Vergen zmierzamy, żeby za naszą Saskię przelać krew i ją z rąk wroga odbić! – wyrwał się rudobrody.
                   - Zamknij się capie, no i po co im to gadasz?! – warknął ten z długą brodą. – Elfom zawierzać nie można! 
                   - Wierzać czy nie wierzać, niech wiedzą, że panienka żyje! Niech się wszyscy dowiedzą!
Ciaran spojrzał na Adris zdziwionym wzrokiem. Był mocno zaskoczony tą informacją. 
                   - Jak to żyje? Przecież ją otruli, a czarodziejka nie zdołała jej uratować. – Elf wciąż nie mógł uwierzyć w to, co słyszy.
                   - Więcej nie powiemy. To sprawa Vergen, krasnoludów i wszystkich, którzy chcieli nas wspomóc – powiedział stanowczo długobrody.
                   - Jesteśmy z komanda Iorwetha. Chcieliśmy pomóc w walce o wolne Vergen. – Blondynka postanowiła, że czas się ujawnić. – Teraz zmierzamy do Vattweir, bo tam są nasze oddziały. Powiedzcie więcej, przekażemy Iorwethowi waszą wiadomość i chętnie wspomożemy!
                   - Wiewióry? – zdziwił się ten z rudą brodą.
                   - Wiewióry. – Adriutant odsunął sukmanę, odsłaniając tatuaż na ramieniu.
Krasnoludy poszeptały coś między sobą, naradziły się i schowały broń. Adris i Ciaran czekali z zaciekawieniem, co zrobią ich rozmówcy.
                   - Przekażcie Iorwethowi, żeby komanda zabrał i pod Vergen zmierzał. Kolejna wojenka się szykuje. 
                   - Powiecie coś więcej? Nie będziemy się przecież pchać na oślep w jakąś bitwę, o której nic nie wiemy – podpytywał adiutant.
                   - Spotkaliśmy dwóch naszych na szlaku do Vergenbergu. Jeden z nich na własne oczy widział, jak naszą Saskie z jej komnat o własnych siłach wyprowadzali, zaraz po tym jak jej śmierć ogłoszono. 
                   - Wiecie kto to był? Kto ją wyprowadził? – spytała elfka.
                   - Lilie na piersiach mieli, ku*wie syny z Temerii rewoltę uknuli! Chędożone Królewskie Oddziały Specjalne! – krzyczał długobrody. 
                   - Nie wiadomo do końca czy to oni – wtrącił się ten z rudą brodą. – Ino ich jeden widział jak koło powozu przed bramami Vergen stali.
                   - Sranie w banie, to na pewno te ku*wie syny! Gonili kamrata naszego ale, że krasnoludy sprytniejsze, to im uciekł ludzkim pierdołom! Po co by go capnąć chcieli? Żeby ubić, bo widział za dużo!
                   - Jesteście pewni, że o Saskię chodzi? – Ciaran wolał upewnić się dwa razy, zanim przekaże Iorwethowi tą wiadomość.
                  - Kłamców z nas robicie? Tu o życie panienki chodzi i o wolność naszą, waszą i każdego kto chce żyć w wyzwolonym kraju!
Elfy spojrzały po sobie i skierowały wzrok na krasnoludów. Ta informacja mogła diametralnie zmienić wszystkie plany Scoia'tael.
                 - W takim razie powtórzymy wszystko Iorwethowi – powiedziała Adris. – Jak tylko dotrzemy na miejsce.  

________________

Słownik starszej mowy:
*Ceádmil elaine - witaj piękna
*Yeá - tak
*A d'yaebl aep arse - w diabła rzyć


  • Kędziorek i Nina14 lubią to

gallery_57_14_140762.gif
Ayd f'haeil moen Hirjeth taenverde...


#64 Charionette

Charionette
  • 345 postów
  • Płeć:Kobieta

Napisano 20 wrzesień 2017 - 22:03

Jaskier, nasz as wywiadu, miałby wreszcie zrobić coś dobrze, nie wpaść w tarapaty i nie otrzeć się o śmierć?

OcBbWWb.jpg

 

Ale tak całkiem serio, świetnie, że Zoltan zaproponował by Jaskier dalej "szpiegował". Nie można zdradzić się bardziej oczywiście jak przez ucieczkę xD A Roche jest tak bardzo zdesperowany, że znalazł by go nawet tam, gdzie diabeł mówi dobranoc :D

 

 

 

Widząc czarnowłosą w objęciach przyjaciela, od razu poczuł dziwne ukłucie w sercu.

Taa, teraz ukłucie, a wcześniej musiał wspomnieć, że ona mu się podoba :D

 

 

 

 

 - Boli cię głowa? – odgarnął włosy z jej twarzy.

Niee, mam ból istnienia i dlatego masuję skronie i mrużę oczy na słońcu...Iorweth błagam  :lol:  :lol:

 

 

 

Właściwie to czekał na takie słowa. 

Ale nie tak dawno zarzekał się, że może, przepraszał, żałował i nie żałował...Ach mężczyźni, nigdy ich nie rozgryzę  :unsure:

 

No właśnie już chciałam pytać co tam u chutliwego Ciarana i chutliwej po cichu Adris xD A tam bez zmian, Ciaran ciągle nie ma pojęcia o co chodzi a Adris zacięła się na słowie chutliwy xD Jedziesz na koniu, przedzierasz się przez krzaki, nie odzywasz się całą drogę? CHUTLIWY as fck xD

 

 

 

 to się przytul do konia.

 fG0O4bu.gif

:lol:  :lol:

O kurde, ale się wszystko zagęszcza. Jakby w Vergen było dużo miejsca to jeszcze Temeria się tam wpycha? O rety, to będzie kocioł jak to wszystko się wyda. I czarodziejki i elfy i temerczycy... :blink: i Geralt z Jaskrem pośrodku tego wszystkiego, "my tutaj tylko przypadkiem  :lol: ". I najważniejsze pytanie odcinka: gdzie u diabła jest Triss? W Vergen, u Henselta, w piwnicy?! Tyle możliwości.

 

 

 

Cherrie, jest Cullen, jest like  (y) xDD

https://i.imgur.com/RPiYuwI.gif

To będę go wszędzie wstawiać... :ike: like murowane xD

Wytoczyłaś najcięższe Cullenowe działo  :wub:


 2nwch5L.png

I'm alone...

   


#65 Kędziorek

Kędziorek
  • 518 postów
  • Płeć:Kobieta
  • Lokalizacja:Poznań

Napisano 21 wrzesień 2017 - 13:35

O dziwo Iorweth, który na początku nie miał nawet zamiaru pisnąć słowem, rozgadał się jak przekupka na targowisku.

On taki uległy, bo go ciągle to nadąsanie Rheny trzyma xD

 

 

- Biada mi... biada! – odparł lekko podniesionym tonem. – Już jestem martwy.

Sądzę, że gdybyś był martwy, "Miszczu", to byś tyle nie jazgał :P

 

 Zniknęła, dosłownie rozpłynęła się w powietrzu.

Z tymi czarodziejkami to wiecznie jakieś problemy :rolleyes:

 

- Mam nadzieję, że to żart... – Wiedźmin ściągnął brwi, patrząc na przyjaciół.

Weźcie zatrzymajcie tę karuzelę śmiechu, bo Geralt nie wyrabia xDD

 

W ogóle Jaskier w końcu pokazuje charakter. No przynajmniej do momentu, aż stanie się coś nieprzewidzianego, ciekawe co wtedy :bounce:

 

A Iorwethowi nic tylko pogratulować wyczucia miejsca i czasu :lol: Dobrze, że wszystko się dość szybko wyjaśniło, bo inaczej lisek chodziłby nabzdyczony tygodniami.  A Rhenie bardzo doradzam szczerość, bo im dłużej będzie ukrywać swoją małą tajemnicę, tym trudniej będzie jej się przyznać. A Iorwetha serducho udało  jej się zdobyć, głupio byłoby to zaprzepaścić. Ja wiem, że kobiecie nie łatwo mówić o swoim wieku, ale czasami trzeba.  No, chyba że ma w planach porwanie kolejnej czarodziejki xD

 

Biedny Ciaran…  Ten to nie ma z Adris lekko. Coś mi się wydaje, że ona tak marudzi, bo jej się to całe leżenie pod wspólnym kocykiem podoba, ale nie chce się do tego przyznać nawet przed samą sobą  :u347miechwrednyth7:

 

 - Wierzać czy nie wierzać, niech wiedzą, że panienka żyje! Niech się wszyscy dowiedzą!

Oj, dowiedzą. Wszyscy się dowiedzą,  Iortweth też się dowie. Rany, jak pojawią się u niego rozterki typu „na którą lecę bardziej”, to chyba padnę xD #teamRhena



#66 Ruda

Ruda
  • 129 postów
  • Płeć:Kobieta
  • Lokalizacja:Honolulu

Napisano 21 wrzesień 2017 - 20:45

Z racji, że ciągle jestem w pracy i nie bardzo mam czas, musicie obejść się bez odpowiedzi na komenty (w sumie wczoraj napisałam jeden, no ale wywaliło <_<). Wybaczcie dziewczyny  :sick:   A za odpowiedzi serdecznie dziękuję  :flowers:  <3  :blowkiss: 






Rozdział 4 (cz.2)
gallery_57_12_36123.jpg


                  Ledwo zaczęło świtać, a w obozie Wiewiórek rozpoczęły się przygotowania do wymarszu. Nie były to jednak przygotowania zwyczajne. Rhena i Iorweth ruszali w długą drogę, w kierunku przełęczy Elskerdeg, za którą czekały komanda czarnowłosej. Elfka obawiała się tej wyprawy, gdyż nie czuła się najlepiej. Zdawała sobie sprawę, że może być różnie, a samotna podróż z watażką może zmusić ją do ujawnienia prawdy o swoim wieku i zdrowiu. Wiedziała jednak, że dłuższe czekanie na Ciarana i Adris nie wchodzi w grę. Roche ze swoimi oddziałami był już w Vattweir i nie wiadomo było jak długo tam zostanie, a plany Scoia'tael wciąż stały w miejscu. Trzeba było podjąć szybką decyzję, która wzbudziła w szeregach spore zaskoczenie. 

Jednak szczególne obiekcje miał Tharlen, gdyż za nic nie chciał puścić siostry samej. 
                 - Nie pojedziesz – warknął, stając w wejściu do namiotu elfki. – Albo zabierzesz mnie ze sobą, albo w ogóle stąd nie wyjdziesz. Widzę jak się czujesz, a może być gorzej.
Rhena westchnęła przeciągle, chwytając za gruby koc. 
                - Nie będę z tobą dyskutować. Zobaczysz się z naszymi, kiedy tu przybędą – powiedziała wymijająco, spoglądając na elfa z kamiennym wyrazem twarzy. – A teraz przesuń się zanim zrobię się niemiła.
                - Dobrze wiesz, że nie o komanda mi chodzi. Jesteś chora i nie powinnaś podróżować sama. Nie puszczę cię samej z Iorwethem, nie wiadomo jak zareaguje, kiedy dowie się o tym, o czym dawno powinnaś mu powiedzieć. 
                - Radzę ci zejść mi z drogi Tharlen, bo moja cierpliwość dobiega końca...
Młodzian zaklął pod nosem, przyglądając się chłodnemu spojrzeniu siostry. Nie chciał ustąpić, choć wiedział, że i tak jej nie zatrzyma. Obawiał się, że ona nie wróci z tej długiej podróży.
               - Dalej się kłócicie? – Cedric zatrzymał się tuż obok elfa, obserwując ostrą wymianę spojrzeń. – Byłem pewien, że macie to już za sobą.
Tharlen skierował wzrok na szatyna, po czym westchnął głośno i bez słowa wyszedł z namiotu.
               - Szlag mnie trafi z tym gówniarzem. – Rhena patrzyła jak jej brat oddala się w kierunku lasu.
               - Martwi się. Za to nie możesz go winić.
               - Wiem Cedric. Ale on uparł się również, że nie puści mnie z Iorwethem, a ja dalej nie wiem, o co tak naprawdę poszło między nimi. 
               - Myślę, że przez te kilkadziesiąt dni drogi będziesz mieć idealną okazję, by się tego dowiedzieć. A o młodego się nie martw, przypilnuję go i porozmawiam z nim. 
               - Dziękuję. Nie wiem co bym bez ciebie zrobiła.
               - Pewnie poradziłabyś sobie inaczej. Nie ma ludzi niezastąpionych – powiedział szatyn, uśmiechając się do elfki.
               - Ludzi pewnie nie, ale ty nie jesteś dh'oine – odpowiedziała, odwzajemniając uśmiech. 
               - Zabrałaś te zioła, które dałem ci wczoraj?
               - Moje lekarstwo właśnie tu idzie... – szepnęła, widząc jak watażka zmierza w ich kierunku. – Bez niego wczoraj, nawet i zioła by nie pomogły. Przy nim trochę zapomniałam... Ale tak, te ziółka do picia zabrałam – dodała, przygryzając wargę. 
Cedric spojrzał w kierunku Iorwetha, po czym przeniósł swój wzrok na elfkę.
               - Cieszy mnie, że nasz nieustraszony dowódca działa na ciebie zbawiennie. Pij jednak te zioła, a powinnaś dojechać na miejsce bez najmniejszych problemów – odparł, ściszonym głosem.
Dowódca Wiewiórek usłyszał ostatnią część zdania. Zdziwił się, że elf szepcze, jakby chciał coś ukryć, ale postanowił nie wnikać, o co chodzi. Stwierdził, że będzie miał dużo czasu, by porozmawiać z Rheną po drodze. Zatrzymał się obok przyjaciela i zmierzył czarnowłosą spokojnym wzrokiem. 
               - Widzę, że jesteś gotowa. Świetnie, w takim razie możemy ruszać.
               - Możemy – przytaknęła, ściskając w dłoniach koc. – Przekazałeś rozkazy Ele'yasowi?
               - Tak. Kiedy zjawi się Ciaran i Adris, będą wiedzieli co robić.
               - Uważajcie na siebie. Szczególnie w okolicach Rivii i Rastburga – powiedział Cedric. – Jak przekroczycie Jarugę, powinno już pójść z górki.
               - Eysenlaan, Guleta, Rivia, Ratsburg, Jaruga, Dol Angra – wyliczał kolejno Iorweth. – A potem prosto do bramy Solveigi i na wschód, w kierunku przełęczy Elskerdeg. To dobry miesiąc drogi w jedną stronę. Mam nadzieję, że znasz jakieś skróty? – Watażka z zaciekawieniem spojrzał na elfkę.
               - Kilka – odpowiedziała, uśmiechając się subtelnie. – Ostatni tydzień kiedy szłam do Flotsam z gorączką, wykorzystałam jeden skrót, skracając sobie drogę o dzień. Reszta skrótów nie pozwala na taki szybki przeskok, ale myślę, że również nam się przydadzą szczególnie, że można tamtędy przejechać końmi – dodała.
               - To się dobrze składa, im szybciej dotrzemy, tym szybciej wrócimy. Bądźcie czujni Cedric, Roche jest niedaleko. Vatt'ghern obiecał trzymać go z daleka od lasu, ale ten ku*wi syn i tak może coś wywęszyć.
               - Będziemy czujni, ale ty bądź pewien, że jeśli Temerczyk stanie mi na drodze, to może dostać strzałę prosto w serce. Nie będę patrzył na twoją zemstę. 
               - On powinien już dawno nie żyć. – Elf westchnął cicho. – Rób co będziesz uważał za słuszne – dodał, po czym przeniósł wzrok na Rhenę. – A teraz ruszajmy, szkoda czasu.

                                                                                                                                                                                                      

***

                                                                                                                                                                                                    
Słońce, które wzeszło wysoko na niebie, obudziło mieszkańców Vattweir, wdzierając się do ich okien. Dzisiejszy dzień zapowiadał się wyjątkowo ładnie. Kupcy otwierali stragany, kobiety krzątały się koło domów, a dzieciaki skakały po wielkich kałużach, pozostałych po ostatniej burzy. 
Jaskier, który nie spał prawie całą noc, wszedł na główny plac miasta i zgrzytając zębami z nerwów udał się w kierunku karczmy, gdzie dwa dni temu odbywało się huczne weselisko. Pod budynkiem zauważył kilku ludzi z Królewskich Oddziałów Specjalnych Temerii. To go tylko upewniło, że Roche jest już w środku i pewnie cholernie się niecierpliwi. 
Bard zatrzymał się i przełknął ślinę. Jakiś głos w głowie kazał mu zawrócić i dać nogę z Vattweir jak radził Geralt, ale teraz nie było już odwrotu. Policzył w myślach do dziesięciu, po czym wziął głęboki wdech i wyprostowawszy się jak kij, ruszył prosto do wejścia. 
                   - Jaskier, nareszcie. – Roche spojrzał na mężczyznę wchodzącego do środka. – Siadaj i mów, czego się dowiedziałeś. – Przesunął szklanicę z piwem w stronę swego informatora. 
Poeta miał wrażenie, że jego walące serce wyskoczy zaraz na blat i odtańczy na nim jakiś dziki taniec.
                   - Triss powiedziała mi, że Loża Czarodziejek zbiera się w sprawie Vergen. Niestety więcej nie wiem, gdyż... zniknęła – powiedział i usiadł chwytając za kufel.
                   - Jak to nie wiesz? – Dowódca Niebieskich Pasów nie był zadowolony z tego, co usłyszał. – I co się, do cholery, stało z czarodziejką?
                   - Rzuciły zaklęcie ochronne, nic nie usłyszałem. Triss zniknęła zaraz po zebraniu Loży, choć miała się ze mną zobaczyć. Nie pojawiła się. Szukałem jej, ale z marnym skutkiem. – Jaskier napił się piwa, żeby powstrzymać się od nadmiernego mielenia ozorem.
                   - Ku*wa mać. – Temerczyk zaklął pod nosem. – Kto był na tych obradach? Może to chociaż widziałeś?
                   - Oprócz Filippy Eilhart, była tam Keira Metz, Sheala de Tancarville, Assire var Anahid, Sabrina Glevissig i Francesca Findabair. – Bard wymienił jednym tchem.
                   - Francesca Findabair... – zamyślił się Roche, spoglądając badawczo na swego rozmówcę. – A nie spotkałeś tu czasem Geralta? 
                   - Spotkałem. Szukał Triss, ale nie zdążył jej znaleźć, gdyż przybył za późno, bo dzień po weselu – skłamał poeta. O dziwo nawet się nie zająknął. 
                   - Nadal jest w mieście? Czy może ruszył za czarodziejką?
                   - Z tego co mi wiadomo, został tutaj, gdyż jakieś zlecenie przyjął. Podobno w lesie tuż za miastem jest pełno potworów, ludziska boją się wychylać nos za mury. 
                   - Fakt, spotkałem po drodze kilka małych, szkaradnych sku*wysynów – westchnął Temerczyk. – Gdzie znajdę wiedźmina? Kiedy nie łowi potworów, rzecz jasna.
                   - W karczmie przy murach. Pełno tam krasnoludów i elfów – powiedział Jaskier.
                   - Elfów... – Lewa brew Roche'a drgnęła wściekle. Chwycił za swoje piwo, upił sporego łyka i z impetem odstawił kufel na stół. Złocisty trunek chlusnął wysoko, rozchlapując się na blat. – A o Wiewiórkach nic nie słyszałeś?
Bard wiedział, że to pytanie padnie, ale i tak zakrztusił się piwem kiedy je usłyszał. Zakaszlał wściekle bijąc się w pierś i odstawił szklanice na stół. Dowódca Niebieskich Pasów spojrzał na niego podejrzliwie. 
                  - Słyszałem – odpowiedział poeta – jak właściciel tej karczmy na obrzeżach bredził coś, że samego Iorwetha widział.
                  - Gdzie? – zaciekawił się Roche. Oparł łokcie na blacie i przechylił się w stronę Jaskra.
                  - W karczmie. Podobno w karczmie był. 
Temerczyk spojrzał na poetę jak na wariata. Westchnął ciężko i kręcąc głową z niedowierzaniem, opadł plecami na oparcie, po czym chwycił za kufel.
                 - Ludzie to mają pomysły. Co bądź zjedzą, co bądź powiedzą... – odparł, biorąc łyk piwa. – Iorweth w karczmie. Prędzej psy zaczną szczekać dupami. 
                 - Cóż, nie wnikałem, choć jak dla mnie zabrzmiało to równie nieprawdopodobnie. – Bard odetchnął z ulgą kiedy zrozumiał, że rozmówca mu nie uwierzył. 
                 - Więc nic więcej nie wiesz? 
                 - Słyszałem jedynie o tym pogromie we Flotsam. Cieszę się, że mnie tam nie było, bo pewnie nie wyszedłbym z tego cały.
Vernon westchnął cicho, obracając w palcach kufel.
                 - Jedyną pozytywną rzeczą w tej masakrze jest fakt, że Loredo nie żyje. Ta gnida kombinowała coś na boku, więc elfy ułatwiły nam sprawę mordując go. Wszystkie kobiety i dzieci, które uciekły do wioski za murami Flotsam, przeżyły. Wiewiórki nie tknęły nikogo z tej osady, skupiły się na niszczeniu miasteczka i szukaniu swego kompana, którego próbowałem zmusić do mówienia. Ten cholerny elf milczał jak zaklęty i pewnie zginąłby nie powiedziawszy ani słowa, gdyby... Tak właściwie to nie wiem co się z nim stało. Pod pokładem został Geralt, który chciał uwolnić tego wiewióra, a potem i on zniknął. Muszę się rozmówić z wiedźminem, dobrze, że jest w mieście. 
                - Jakieś konkretne plany w sprawie Scoia'tael? – Jaskier oparł się o krzesło. 
                - Póki co jeden i ten sam. Znaleźć Iorwetha i wypruć z niego wszystkie flaki. Foltest cholernie się wściekł za spalenie Flotsam, dlatego kazał mi zrobić wszystko, byleby dopaść te przeklęte elfy. Wiem, że kiedy trafię na tego jednookiego sku*wiela, będę wiedział co robić. Dla jego ślicznej przyjaciółeczki też znajdzie się coś specjalnego...
                - Więc Iorweth nie był sam?
                - Nie – potwierdził Roche. – Kręci się koło niego, jedna elfia baba. Popytałem gdzie trzeba i dowiedziałem się, że ta cała Loa'then, ma pod sobą ponad setkę elfów. Raz na kilka miesięcy, zabiera jedno z komand, po czym wyrusza za bramę Solveigi i urządza sobie ruchawki w okolicach Nilfgaardu. Podpala wioski, morduje ludzi, głównie Nilfgaardczyków wszelkiej maści, jedynie dzieci przeżywają te zamieszki. Miała pomóc Iorwethowi w Vergen, ale jak pewnie wiesz... 
               - Wiem - przytaknął bard. – Krótko mówiąc, plany Scoia'tael trafił szlag. 
               - Dokładnie tak. Po tej akcji we Flotsam, nastała cisza. Nie wiem co planują te przeklęte elfy, ani gdzie są. Złapałem kilku, ale nie chcieli gadać więc razem z chłopakami powiązaliśmy ich i wrzuciliśmy do rzeki. Raczej żaden z nich tego nie przeżył. – Dowódca Niebieskich Pasów dopił swoje piwo, po czym skinął ręką na karczmarza, by przyniósł mu następne. – Muszę rozejrzeć się i powęszyć może trafię na jakiś ślad. W końcu Wiewiórki nie mogły rozpłynąć się w powietrzu, jak nasza zacna czarodziejka. 
               - Co racja, to racja – przyznał poeta. – Choć, skoro już mowa o Triss, to muszę powiedzieć, że ta sprawa mi strasznie śmierdzi. Zapewne nie zniknęła bez powodu. 
Przysłuchując się tym słowom, Vernon oparł łokcie na blacie i w zamyśleniu spojrzał na barda, drapiąc się po jednodniowym zaroście. W głowie dowódcy kłębiło się tysiące myśli, ale jedna z nich kreśliła się wyraźniej od innych. Była to myśl rozjaśniająca mu, że czarodziejka musiała się domyślać, iż ktoś w Temerii wie o Loży i właśnie dlatego zniknęła. 
                - Nic nie dzieje się bez powodu, Jaskier... – powiedział, a jego czoło zmarszczyło się groźnie. 
Poeta wiedział, że ten wyraz twarzy nie wróży nic dobrego.
                - Tylko co z tym wszystkim ma wspólnego Vergen? Przecież Henstelt przejął tamte tereny, a ta dziewka co na czele rebelii stała, jak obydwoje wiemy, nie żyje – odparł, odstawiając kufel na stół. – Czego one tam szukają?
                - W Vergen nie ma już nic, czego mogłyby szukać – skwitował Roche. – Ale zgaduję, że za niedługo dowiemy się, co planują te niewydarzone baby. Chyba, że je uprzedzimy.
                - To znaczy? – Bard patrzył na swego rozmówce z coraz większym zaciekawieniem.
                - Niewiele osób wie o loży, Jaskier... Nie ciekawi cię reakcja królów na wiadomość, że doradczynie spiskują za ich plecami?
                - Na Kreve i Melitele... Rozpęta się piekło na ziemi.
                - Idealnie ujęte – odparł Temerczyk. – I tylko od czarodziejek zależy, czy dosięgnie je piekielny ogień... i jak wysoko będzie buchał.

                                                                                                                                                                                                     

***

 

Kiedy na niebo wtoczyły się gęste chmury, przysłaniając ciemnogranatowe sklepienie, w osadzie pod Vattweir rozległ się szaleńczy stukot kopyt. Dwa konie wpadły na plac opętańczym tempem, dysząc i parskając ciężko. Tharlen, który siedział przy ognisku wraz z Cedriciem i kilkoma innymi elfami, spojrzał w kierunku nadciągających zwierząt i wstał gwałtownie. Przez chwilę wydawało mu się, że jego siostra zmieniła zdanie, lecz kiedy zobaczył blondwłosą elfkę, od razu rozwiały się jego nadzieje.
Konie zatrzymały się raptownie, wzbijając kurz spod kopyt, a dookoła nich szybko zebrała się grupka elfów.
                   - Gdzieście się podziewali tyle czasu? – Zza pleców młodziana wyłonił się Cedric, kierując zaskoczone spojrzenie na przybyłe Wiewiórki.
Adris zeskoczyła ze swej klaczy i otrzepała się z kurzu. 
                  - Długo by opowiadać. – Kiedy zobaczyła szatyna, który wyglądał już całkiem nieźle, odetchnęła z ulgą. Bała się, że będzie w gorszym stanie. 
                  - Musimy natychmiast porozmawiać z Iorwethem. – Tuż obok blondynki pojawił się Ciaran. – Dowiedzieliśmy się czegoś naprawdę ważnego.
Cedric popatrzył na Ele'yasa i Tharlena, po czym skierował wzrok na adiutanta.
                  - Spóźniliście się. Ledwo zaczęło świtać, a Iorweth i Rhena wsiedli na konie i wyjechali w kierunku Dol Angry. 
                  - Ku*wa mać. Mówiłam ci, żebyśmy nie robili postoju tylko szli dalej. – Adris spojrzała na Ciarana wściekłym wzrokiem. – Trzeba było zostawić te cholerne konie, to może byśmy zdążyli!
                  - Nie zdążylibyśmy niemądra babo, bo musieliśmy szukać okrężnej drogi, zapomniałaś o tym zerwanym moście na szlaku do Vattweir?!
                  - Spokój, cholera! – warknął Ele'yas. – Lepiej mówcie, co jest aż tak ważnego, że potrzebny wam sam Iorweth?
Blondynka westchnęła ciężko i spojrzała na zgromadzone elfy.
                  - Spotkaliśmy krasnoludy, które wracały w kierunku Vergen. Dowiedzieliśmy się od nich, że Saskia żyje.
                  - Co takiego? – Cedric patrzył na Wiewiórki z niedowierzaniem.
                  - Podobno to Temerczycy wywieźli ją z miasta żywą, zaraz po tym jak Filippa Eilhart ogłosiła jej śmierć – dopowiedział Ciaran. – Sporo krasnoludów wraca pod Vergen, chcą iść po Saskię. 
Ele'yas skinieniem ręki uciszył stojące dookoła elfy, które z niepokojem zaczęły szeptać między sobą na temat tego, co właśnie usłyszały. 

                  - Wczoraj rano był tu Gwynbleidd i wspominał, że w Vattweir miało miejsce spotkanie Loży Czarodziejek, której przewodniczy Eilhart. – Przeleciał wzrokiem po zebranych. – Przekazał również, że obradowały na temat Vergen. 
                 - Więc pewnie coś wiedzą – odparła Adris. – Krasnoludy mówiły, że Stennis odsunął czarodziejkę od leczenia Saskii, dzień przed jej rzekomą śmiercią. 
                 - Musimy coś zrobić. Iorweth i Rhena są już daleko i pewnie przedzierają się jakimiś okrężnymi drogami, nawet jakbyśmy ich dogonili, to nie wiadomo czy na nich trafimy – powiedział Cedric. 
                 - Nie ma sensu za nimi jechać, musimy zacząć działać – wtrącił się Ciaran. – Mimo wszystko, trzeba się upewnić, czy to co gadają jest prawdą, więc dobrze by było, gdyby ktoś wyruszył w kierunku Vergen za krasnoludami. W międzyczasie trzeba ułożyć plan działania. 
                 - Musicie wiedzieć, że Roche jest w Vattweir – odezwał się Ele'yas. – Trzeba więc działać z podwójną ostrożnością. 
                 - Nikt mnie tutaj nie zna. – Tharlen spojrzał po zgromadzonych. – No, może z wyjątkiem tego sku*wiela Roche'a. Mogę ruszyć za krasnoludami, lepsze to od siedzenia na rzyci. 
                 - Ze mną jest podobnie – dodał Cedric. – Pojadę z tobą. 
                 - W takim razie ustalone – przytaknął Ciaran. – A my z samego rana, bierzemy się do dzieła.  


  • Kędziorek i Nina14 lubią to

gallery_57_14_140762.gif
Ayd f'haeil moen Hirjeth taenverde...


#67 Charionette

Charionette
  • 345 postów
  • Płeć:Kobieta

Napisano 23 wrzesień 2017 - 11:03

No no...Rhena i Ioreweth sami w czasie długiej podróży... :megusta:

 

 

 

 - Wiem Cedric. Ale on uparł się również, że nie puści mnie z Iorwethem, a ja dalej nie wiem, o co tak naprawdę poszło między nimi. 
               - Myślę, że przez te kilkadziesiąt dni drogi będziesz mieć idealną okazję, by się tego dowiedzieć.

Taa, no już widzę, jak Iorweth pali się by powiedzieć "heej, podglądałem cię i twój brat mnie widział"  :lol:

Prędzej Tharlen jej wygarnie niż on.

 

Hmm...no ale elfy z zasady są długowieczne, nie? Są przyzwyczajone do tego, że inni mają naprawdę dużo lat. Ile w takim razie ma Rhena, że tak bardzo boi się to wyznać? Bo rozumiem, człowiek byłby bardzo zaskoczony, ale elf?

 

 

 

- On powinien już dawno nie żyć. – Elf westchnął cicho. 

:wat: a kto miał okazję by go zabić i stwierdził, że sobie nie zasłużył? Hmm...no nie wiem kto to był  :hmmm: naprawdę nie mam pojęcia.

 

Oj, Roche, człowieku małej wiary. Teraz obserwuj jak psy zaczną dupami szczekać, bo Iorweth naprawdę był w karczmie  :lol:

 

 

 

 - Niewiele osób wie o loży,

W W1 to nawet sam Radowid wiedział xD i mówił o tym jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie. 

 

Czarodziejki miałby dosięgnąć ognień piekielny? Złego diabli nie biorą, jak to mówią. A one same go rozpętają, więc pochłonie wszystko, poza nimi. Hah, a jak Saskia przeżyła i ją wykorzystają to słowa Roche'a staną się dosłowne  :u347miechwrednyth7:

 

 

 

 - Ku*wa mać. Mówiłam ci, żebyśmy nie robili postoju tylko szli dalej.

A kto chciał się grzać przy ogniskach, komu było zimno? Oj Adris, cała ty xD

 

Ooo, Tharlen i Cedric razem w akcji. Super, mam nadzieję, że nic złego im się nie przytrafi. Kurcze, ciekawe jak szybko Vernon wparuje do lasu i rozpęta kolejną jatkę, bo nie wierzę, że będzie się trzymał z daleka. I jak zareaguje  na spotkanie z Geraltem, bo póki co nie czuje się oszukany, ale to się zmieni jak pozna prawdę o wydarzeniach na barce. 

No i te czarodziejki, niby nieobecne a mącą. Lepiej niż Stańczyk i jego laska błazeńska w Weselu  :lol:


 2nwch5L.png

I'm alone...

   


#68 Kędziorek

Kędziorek
  • 518 postów
  • Płeć:Kobieta
  • Lokalizacja:Poznań

Napisano 23 wrzesień 2017 - 16:32

Parę dni wcześniej...

- Dlaczego po prostu go nie zabiłeś, Cervan?

- Bo na śmierć również trzeba sobie zasłużyć – odpowiedział watażka.

 

Teraz...

- On powinien już dawno nie żyć. – Elf westchnął cicho. 

Cedric...? A dla niego jakieś ziółka masz?

 

A tak swoją drogą ta dłuuuuga podróż z pewnością będzie, hmm, ciekawa...  :u347miechwrednyth7:  Padłabym, gdyby Tharlen postanowiłby jechać za nimi po kryjomu, aby bronić honoru siostry :lol: Pomijam fakt, że ona bardzo chętnie by się tego honoru w ramionach Iorwetha pozbyła  :shifty:

 

Roche jest niedaleko. Vatt'ghern obiecał trzymać go z daleka od lasu

Tja, jak piękne oczy Gerlata nie pomogą, to napuści na niego Płotkę xD

 

Jaskier napił się piwa, żeby powstrzymać się od nadmiernego mielenia ozorem.

A ja zawsze myślałam, że alkohol rozwiązuje język :D

 

Temerczyk spojrzał na poetę jak na wariata. Westchnął ciężko i kręcąc głową z niedowierzaniem [...] – Iorweth w karczmie. Prędzej psy zaczną szczekać dupami. 

Najciemniej jest pod latarnią xD Nic nie jest lepszego, niż prawda tak niewiarygodna, że najlepsze kłamstwo jej nie prześcignie xD

 

Wszystkie kobiety i dzieci, które uciekły do wioski za murami Flotsam, przeżyły.

Czyli jednak nie doszło do rzezi. Rhena nie mogła tego Geraltowi powiedzieć tak od razu, tylko bawić się w półsłówka i teksty w stylu "mieliśmy swoje powody"?  :huh:  Rany...

 

 - Niewiele osób wie o loży,

[Cherrie]: W W1 to nawet sam Radowid wiedział xD i mówił o tym jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie. 

Bo istnienie loży to taka tajemnica poliszynela, o niej wiedzą wszyscy, ale głośno się o tym nie mówi :shutup:

 

No i w końcu u Wiewiorów zaczyna się coś dziać :D Tak, tak, jedźcie, szpiegujcie, ruszcie w końcu te tyłki xD

MiDnAoQ.gif

 

A Ciaran i Adris to są po prostu stworzeni dla siebie. Uwielbiam ich dialogi  <3 :lol:



#69 Ruda

Ruda
  • 129 postów
  • Płeć:Kobieta
  • Lokalizacja:Honolulu

Napisano 02 październik 2017 - 13:20

 

Hmm...no ale elfy z zasady są długowieczne, nie? Są przyzwyczajone do tego, że inni mają naprawdę dużo lat. Ile w takim razie ma Rhena, że tak bardzo boi się to wyznać? Bo rozumiem, człowiek byłby bardzo zaskoczony, ale elf?

 

Problem w tym, że tu nie chodzi tylko o wiek, jako liczbę lat. Z tym wiekiem Rheny, wiąże się pewna historia, która niezdrowo się na niej odbiła, dlatego ona ma takie obawy przed wyznaniem prawdy Iorwethowi. Powiedzmy, że boi się powtórki z rozrywki  ;) 
Więcej zdradzić nie mogę. Póki co :P

 

W W1 to nawet sam Radowid wiedział xD i mówił o tym jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie. 

No tak, ale pamiętajmy, że książki i gry trochę się różnią :P 
A zresztą, tutaj jest wszystko wytłumaczone: http://wiedzmin.wiki...a.com/wiki/Loża ;)

 

Czarodziejki miałby dosięgnąć ognień piekielny? Złego diabli nie biorą, jak to mówią. A one same go rozpętają, więc pochłonie wszystko, poza nimi. Hah, a jak Saskia przeżyła i ją wykorzystają to słowa Roche'a staną się dosłowne   :u347miechwrednyth7:

Roche ma swój plan co do czarodziejek, ale zanim wcieli go w życie, musi się upewnić, że jego INNY plan działa  :shifty: 
 

Ooo, Tharlen i Cedric razem w akcji. Super, mam nadzieję, że nic złego im się nie przytrafi. Kurcze, ciekawe jak szybko Vernon wparuje do lasu i rozpęta kolejną jatkę, bo nie wierzę, że będzie się trzymał z daleka. I jak zareaguje  na spotkanie z Geraltem, bo póki co nie czuje się oszukany, ale to się zmieni jak pozna prawdę o wydarzeniach na barce. 

No i te czarodziejki, niby nieobecne a mącą. Lepiej niż Stańczyk i jego laska błazeńska w Weselu   :lol:

W sumie to mogę zdradzić, że Tharlen i Cedric będą w miarę bezpieczni :P Co do Vernona - to tak jak wspomniałam wyżej, on ma swój określony plan i się go trzyma xd Co do spotkania z Geraltem... sama zobaczysz  :rolleyes: 

 

 

A tak swoją drogą ta dłuuuuga podróż z pewnością będzie, hmm, ciekawa...  :u347miechwrednyth7:  Padłabym, gdyby Tharlen postanowiłby jechać za nimi po kryjomu, aby bronić honoru siostry :lol: Pomijam fakt, że ona bardzo chętnie by się tego honoru w ramionach Iorwetha pozbyła  :shifty:

Będzie, będzie! Zresztą, co ja tu będę gadać xd
I nie, Tharlen nie pojedzie, ahaha xDD
Co do Rheny... chyba nie ma co komentować, bo to oczywiste  :lol: 

 

A ja zawsze myślałam, że alkohol rozwiązuje język  :D

Bo rozwiązuje XD Choć Jaskier po prostu musiał zatkać sobie czymś gębę, więc wlał do niej piwa  :awesome: 

 

Najciemniej jest pod latarnią xD Nic nie jest lepszego, niż prawda tak niewiarygodna, że najlepsze kłamstwo jej nie prześcignie xD

 

O to, to! :D

 

Czyli jednak nie doszło do rzezi. Rhena nie mogła tego Geraltowi powiedzieć tak od razu, tylko bawić się w półsłówka i teksty w stylu "mieliśmy swoje powody"?   :huh:  Rany...

Doszło. Jedynie ten, kto uciekł miał szczęście, a wielu uciec nie zdołało. Bindugę elfy zostawiły w spokoju, ze względu na mieszkające tam elfy, które mieszkańcy traktowali na równi ze sobą  :) 

 

A Ciaran i Adris to są po prostu stworzeni dla siebie. Uwielbiam ich dialogi   <3  :lol:

Za każdym razem, jak nimi piszę, to zastanawiam się co by tu jeszcze dowalić xD 









Rozdział 4 (cz.3)
gallery_57_12_189899.jpg

 

                 Vattweir od Vergen dzieliło niecałe dwa dni drogi. Cedric i Tharlen zabrali konie i ruszyli z samego rana, by jak najszybciej dowiedzieć się czegokolwiek na temat Saskii. Jedni gadali, że wyzionęła ducha drudzy, że jest zupełnie odwrotnie, a elfom cała ta sprawa wydawała się nieprawdopodobna. Szczególnie Cedric miał mieszane uczucia, co do tego wszystkiego. Czuł, że dziewczyna żyje, ale nie był przekonany co do swoich przeczuć nawet mimo wizji, które miewał. Tharlen natomiast wolałby, gdyby doniesienia krasnoludów były prawdziwe, gdyż porywanie się na Dol Blathanna było ostatnią rzeczą, o której teraz marzył. Odbicie Vergen z rąk kaedweńskiego króla i zrobienie z miasta azylu dla wszystkich ras, wydawało mu się znacznie łatwiejsze niż walka z samą Francescą Findabair. Po cichu liczył również na to, że Iorweth dałby spokój jego siostrze, gdyby dostał w końcu to, co chciał. Były to jednak złudne nadzieje. Młodzian doskonale zdawał sobie sprawę, że Rhena patrzyła na jednookiego elfa z żarliwością w oczach i czuł, że może wyniknąć z tego coś więcej...
                 - Co ci chodzi po głowie? – Z zamyślenia wyrwał go głos Cedrica.
                 - Nic wartego uwagi... – odburknął Tharlen.
Szatyn uśmiechnął się pod nosem i spojrzał przed siebie.
                 - Nie martw się, twoja siostra da sobie radę – odparł spokojnie.
Elf nie odpowiedział. Wsłuchując się w stukot kopyt na kamienistej ścieżce i szum drzew potrząsanych przez wiatr, zastanawiał się czy nadmienić swemu kompanowi o tym, co go trapiło. 
                  - Mów co się dzieje – odezwał się Cedric. – Bo wyraźnie widzę, że coś siedzi ci w głowie.
                  - Iorweth.
                  - Więc nie coś, lecz ktoś. Rhena mówiła, że wciąż macie między sobą jakąś niedokończoną sprawę.
                  - Gdybym przeorał mu brzuch mieczem jeszcze pod Hagge, ta sprawa byłaby zakończona dawno temu. 
                   - Tharlen... – Szatyn westchnął głośno. – Nie sądzę, żeby Iorweth zasłużył sobie na wypatroszenie, choć nie mam pojęcia co zrobił.
                   - Ach tak? – Młody elf spojrzał na swojego towarzysza z nerwami. – Więc co powiesz na to, że podglądał moją siostrę podczas kiedy ona najzwyczajniej w świecie się kąpała? Stał sobie ukryty między drzewami i gapił się jak ciele w malowane wrota. 
Oczy Cedrica rozszerzyły się ze zdziwienia. Takiej odpowiedzi kompletnie się nie spodziewał.
                  - No dobra... Rozumiem, że się wściekłeś, ale nie uważasz, że to troszkę zbyt błahy powód, żeby zabić Iorwetha? 
                 - Moja siostra to nie zabawka, a oglądanie jej bez ubrań to nie rozrywka. Nie pozwolę nikomu na traktowanie jej, jak urozmaicenia sobie czasu – warknął Tharlen.
                 - Wątpię by Iorweth w taki sposób traktował Rhenę. Wydaje mi się również, że nie podglądał jej bo wiedział, że się rozbierze, tylko zwyczajnie trafił na... taki widok – powiedział Cedric, przypominając sobie o tym, że sam widział czarnowłosą zupełnie nagą.
                 - Więc mógł odejść, zamiast się gapić. 
                 - Nie zrozum mnie źle, młody... ale na jego miejscu również byłoby mi ciężko się powstrzymać. Twoja siostra jest bardzo piękną elfką o niebywałej urodzie, trzeba być kompletnym ignorantem, by tego nie zauważyć. 
                 - Fakt, ale jest również bardzo stara i schorowana, a młody wygląd zawdzięcza jedynie czystej krwi naszych rodziców, niezmieszanej z żadną inną. – Młodzian odpowiedział nieco spokojniej. – Iorweth przy niej to jeszcze gówniarz, jest tylko sto lat starszy ode mnie. Widzę jak patrzy na moją siostrę i widzę, jak ona patrzy na niego, ale mylisz się jeśli sądzisz, że w czasach wiecznej walki o przetrwanie, taki ktoś jak on chciałby mieć na głowie sędziwą elfkę nękaną przez wszystkie choroby tego świata. W końcu to dodatkowy problem. 
                  - Sam się mylisz – odparł stanowczo Cedric. – Iorweth może i zachowuje się jakby nie obchodziło go nic prócz walki o wolność, jest chłodny, stanowczy i despotyczny, ale to wciąż elf. I nie myl go z tymi młodziutkimi elfami, on jest prawdziwym Aen Seidhe i nie twierdzę, że ty nie jesteś czystej krwi. Takich elfów jak on, została już tylko garstka. Jego charakter wykształciły inne czasy, Tharlen. Czasy w których wszyscy się szanowaliśmy bez względu na wiek, czy rasę i jeśli wciąż myślisz, że Iorweth mógłby zwyczajnie zabawić się twoją siostrą i ją zostawić, to lepiej zacznij myśleć inaczej. To nie jest w jego naturze. 
Młodzian westchnął głośno, przewracając oczami.
                  - Sugerujesz więc, że kiedy dowie się o jej wieku, to się ucieszy czy jak? Bo zupełnie nie rozumiem ostatniej części twojej wypowiedzi, Cedric. Jak ty sobie to wyobrażasz? – Spojrzał na szatyna pytającym wzrokiem. – „Och, nie szkodzi, że jesteś już u kresu swego życia, stwórzmy więc razem wspólną przyszłość" – mówił, próbując naśladować głos Iorwetha. – Nie będzie żadnej przyszłości... 
                  - Nadal nie rozumiesz... 
                  - Właśnie, że rozumiem. Mówisz, że Iorweth nie zabawi się moją siostrą, tymczasem on już się bawi, przecież nie jestem ślepy i widzę, że z czasem zaczął traktować Rhenę zupełnie inaczej. Nie jest wobec niej chłodny, stanowczy i despotyczny, a ona dawno przestała go traktować jedynie, jak partnera we wspólnym celu. Może okaże szacunek wobec jej wieku, może będzie tak jak mówisz, ale nie możesz tego potwierdzić na sto procent. Ona umiera Cedric i nie zostało jej zbyt wiele czasu. Zakochała się w tym twoim cholernym watażce i jeśli on ją zostawi, pęknie jej serce i to dosłownie. Nie będzie miała już sił, by walczyć o cokolwiek, a wiem co mówię bo już raz to przechodziła. Tamtym razem była jednak o siedemdziesiąt lat młodsza, fizycznie i psychicznie silniejsza i ostatecznie znalazł się jakiś bodziec, który pchnął ją do dalszego działania. Teraz? Teraz dobrze wie, jak wygląda jej sytuacja i jeśli Iorweth odejdzie, odechce jej się żyć, bo więcej cierpienia w swoim życiu nie zniesie. Dlatego chciałem go od niej odsunąć póki nie było jeszcze za późno... a teraz już jest za późno. Prawie dwa miesiące minie, zanim wróci do Vattweir spod Zerrikani i, o ile wróci, bo w tym czasie może zdarzyć się wszystko, a jednego jestem pewien, jak tego, że tu jestem. Iorweth na pewno dowie się o wszystkim. Więc Rhena albo przyjedzie szczęśliwa z Iorwethem, albo Iorweth wróci sam. Bo jeśli ją zostawi, to już więcej jej nie zobaczę...
Cedric milczał przez dłuższą chwilę. Doskonale zdawał sobie sprawę, że z elfką nie jest najlepiej, a zioła dadzą jej jedynie trochę czasu na przetrzymanie. Potem zacznie się najgorsze. Sam obawiał się, że może jej już więcej nie zobaczyć.
                  - Wierzę, że sprawdzi się moja teoria – powiedział. – Ona tu wróci, musimy być dobrej myśli. 
                 - Obyś się nie mylił. Bo jeśli będzie inaczej, sławny dowódca Scoia'tael straci głowę i wierz mi, że nie będę miał skrupułów by mu ją odciąć – warknął Tharlen. – A teraz pogońmy konie, przed nami jeszcze sporo drogi.

                                                                                                                                                                                                 

***

                                                                                                                                                                                                     
Późnym popołudniem Geralt wrócił do karczmy na obrzeżach miasta. Chciał koniecznie spotkać się z Jaskrem, by dowiedzieć się o dalszych planach Roche'a, lecz nie zastał swojego przyjaciela. Pytał karczmarza pijaczków którzy, jak zwykle siedzieli tu i przetracali ostatnie pieniądze, ale nikt nie widział dzisiaj barda w śliwkowym kapelusiku na głowie. 
Wiedźmin opuścił duszne pomieszczenie z niemałymi nerwami. Czuł, że Jaskier znowu się w coś wpakował i ukrywał przed nim kilka spraw, więc postanowił ruszyć w kierunku centrum, by baczniej rozejrzeć się za poetą. Dzisiejszego ranka zrodził mu się w głowie pewien plan, a bez przyjaciela-wierszoklety, był on niemożliwy do zrealizowania. Siwowłosy wiedział również, że gdzieś w Vattweir jest Roche, ale rozmowy z nim się nie obawiał. Wręcz przeciwnie, chętnie by się skonfrontował ze starym znajomym, by wyciągnąć od niego parę rzeczy, których zapewne nie powiedział nawet poecie.
                     - Geralt... – Dobiegł go nagle znajomy głos, a ściślej ujmując szept. – Tutaj, w lewo...
Riv spojrzał w wyznaczonym kierunku i ujrzał barda, chowającego się za jakąś starą chałupą.
                     - Co ty odpieprzasz Jaskier? – zapytał nerwowo. 
                     - Ciszej, po mieście kręcą się ludzie Roche'a. Podejdź tutaj, nie chcę by mnie ktoś zobaczył. 
Wiedźmin westchnął ciężko, ale ostatecznie spełnił życzenie przyjaciela, który w jednej chwili wciągnął go za ścianę. 
                    - Co się tu dzieje, do cholery? Czemu się ukrywasz? – pytał Geralt.
                    - Roche chce, żebym mu w czymś pomógł. Nie powiedział dokładnie o co chodzi, ale mam wrażenie, że czegoś się domyśla.
                    - Jaskier... Co mu powiedziałeś?
                    - W tym rzecz, że właśnie nic. Zachowywałem się, jakbym niczego nie wiedział. No, może zdradziłem jedną małą rzecz...
                    - Jaskier...
                    - Ale on nie uwierzył. Powiedziałem mu, że Iorweth był w karczmie na obrzeżach miasta i kiedy to usłyszał stwierdził, że prędzej psy zaczną szczekać dupami, niż Iorweth do karczmy wejdzie.
                    - I miał rację. Ja też bym nie uwierzył, gdyby nie potwierdziło tego kilka osób. – Geralt skrzyżował ręce na klatce piersiowej i oparł się o ścianę. – Jesteś pewien, że nic więcej nie powiedziałeś Roche'owi? 
                   - Nie. Tylko tyle, ile musiałem. Ale on też nie wie gdzie jest Triss... Przynajmniej takie odniosłem wrażenie – powiedział bard, rozglądając się nerwowo.
Wiedźmin zamyślił się na chwilę, spoglądając na poetę. Musiał jakoś wyciągnąć przyjaciela z tego miejsca.
                  - Gdzie zakwaterowały się Niebieskie Pasy? – zapytał.
                  - W centrum miasta, mają swoje gniazdko nad tą karczmą, w której było wesele – odpowiedział Jaskier. – Co chcesz zrobić?
                  - Pójdę do Vernona, a ty wracaj do karczmy na obrzeżach.
                  - Jesteś pewien, że to dobry pomysł? 
                  - Na pewno lepszy, niż chowanie się po starych chałupach. Idź, spotkamy się później. Zoltan mówił, że również przyjdzie, podobno ma dla nas jakąś... bombową wiadomość – Geralt zachęcał barda. 
                  - No dobra... W takim razie do zobaczenia.
Jaskier wszedł między domy. Minął młodą dziewkę, której posłał uroczy uśmiech, dwóch starców kłócących się z kupcem o nieszczęsnego miedziaka, oraz kobietę robiącą pranie przed swoją chałupą. Zamiast jednak się uspokoić, szedł coraz bardziej niespokojnie, starając się mieć oczy dookoła głowy. Miał dziwne wrażenie, że jest obserwowany, lecz nie widział w pobliżu nic podejrzanego. Geralt dawno zniknął mu z oczu, więc opcja wrócenia się nie wchodziła w grę. Przyspieszył kroku, wymijając mieszkańców miasta jak przeszkody na swojej drodze i wpadł do karczmy cały blady. Kiedy drzwi się za nim zamknęły, odetchnął z ulgą.
                 - Karczmarzu, piwa! – krzyknął, ruszając w kierunku lady. – Trzeba się napić po ciężkim popołudniu...
Odebrał swój trunek, po czym usiadł przy wolnym stole umiejscowionym gdzieś pod ścianą i pociągnął sporego łyka złocistego napoju. Odstawił kufel na stół, wzdychając ciężko. Wciąż miał wrażenie, że ktoś go obserwuje, ale tutaj czuł się bardziej bezpieczny niż na zewnątrz. 
Nagle, tuż nad jego stołem ktoś się zatrzymał. Bard uniósł powoli głowę i zobaczył elfkę, uśmiechającą się do niego promiennie. 
                - Ceádmil taedh – powiedziała spokojnie. – Czemuż to jesteś taki spięty? – spojrzała na poetę, nie przestając się uśmiechać.
Jaskier odetchnął z ulgą. Bał się już, że jakieś oprychy przyszły zabrać go do Roche'a, a tymczasem to tylko elfka. Zmierzył ją wzrokiem, szybko oceniając jej wygląd. Była wysoka, szczupła, odziana w obcisłe spodnie w kolorze zgniłej zieleni, a górną część jej smukłego ciała, zdobiła przylegająca, kremowa bluzka z krótkim rękawkiem i niewielkim dekoltem. Sznurki znajdujące się tuż między jej piersiami, szybko przyciągnęły jego uwagę. Uniósł głowę wyżej i spojrzał na jej uśmiechniętą twarz. 
                - Cóż, nawet i tacy znamienici poeci jak ja, bywają czasem zestresowani – odpowiedział, odwzajemniając uśmiech. – Usiądź piękna złotowłosa i przedstaw się – dodał, zapraszając ją gestem ręki. 
Elfka zajęła miejsce naprzeciwko mężczyzny i oparła ręce na stole.
                - Jestem Adris, mistrzu Jaskrze... – odparła, bawiąc się swymi długimi blond włosami, opadającymi jej na ramiona. Przygryzła dolną wargę i przejechała palcem po dłoni barda. – Od dawna marzę o osobistych korepetycjach u mistrza... Czy taka prosta elfka jak ja, mogłaby dostać kilka lekcji..? – zapytała, nie spuszczając wzroku ze swego rozmówcy. 
Z racji, że poeta nie potrafił odmówić żadnej ładnej buźce, a ta na dodatek uwodziła go zadziornie, nie zastanawiał się długo nad odpowiedzią.
               - Oczywiście cudny kwiecie, jeśli tylko chcesz możemy je rozpocząć choćby zaraz – odpowiedział rozochocony. Szybko dopił swoje piwo i wstał od stołu, podając elfce rękę. – Nad karczmą mam kwaterę. 
Uśmiechnęła się zalotnie i również wstała, pozwalając prowadzić się na piętro. Jaskier skierował się prosto do swojego pokoju i kiedy drzwi się za nim zamknęły...
              - Wybacz, ale nici z lekcji bardzie. – Zimna stał przywarła do jego szyi. – Lepiej się nie ruszaj, bo Gwynbleidd ci nie pomoże. Adris podsuń krzesło, trzeba go związać.
Blondynka przytaknęła, po czym przysunęła stołek i pchnęła mężczyznę wprost na siedzisko. Chwyciła za sznur i szybko związała mu ręce. 
              - Czego ode mnie chcecie..? – Jaskier z przerażeniem spojrzał na stojącą nad nim dwójkę. Szybko rozpoznał osobnika w zielonej sukmanie, jako elfa z komanda Iorwetha. Wiedział już, że wpadł w zasadzkę. 
              - Spokojnie słonko. – Adris nachyliła się nad bardem, uśmiechając się szeroko. – Jak będziesz grzeczny to cię wypuścimy – dodała, tarmosząc go za policzek. – No i przy okazji odpowiesz mi i mojemu przyjacielowi Ciaranowi, na kilka pytań.
              - Dokładnie – przytaknął adiutant. – Inaczej zaczniemy cię rozcinać po kawałku, zaczynając od...
              - Zaklinam się, że wszystko powiem, tylko nie ucinajcie mi niczego! – Jaskier przerwał wypowiedź elfa. – Cholewka, ale się wpakowałem...
              - Tak to już jest jak ma się słabość do cycków. – Elfka wyprostowała się i skrzyżowała ręce na piersiach. – Vatt'ghern miał rację, że się nabierzesz. – Ponownie się uśmiechnęła. – Widocznie sam nie potrafi wycisnąć z ciebie wszystkiego.
              - Że co proszę? Czyli, że on wpakował mnie w to...
              - Ciii... – Adris przyłożyła palec do ust barda. – A teraz bądź grzeczny mistrzu Jaskrze i opowiedz nam o planach Roche'a.

                                                                                                                                                                                                   

***

                                                                                                                                                                                                   
Dzisiejszy wieczór zapowiadał się wyjątkowo chłodno. Z racji, że Rhena i Iorweth zatrzymali się niedaleko szlaku prowadzącego do Eysenlaan, postanowili nie rozpalać ogniska, by nie zostać przez kogoś zauważonym. Elfka przywiązała konie do drzew nieopodal małego strumyka i ruszyła w kierunku swego towarzysza, który przysiadł na niewielkiej kłodzie, postanawiając odpalić sobie fajkę. 
                - Od wczoraj przejechaliśmy spory kawałek drogi – powiedziała, zatrzymując się nad elfem.
                - Oby równie szybko minęła nam reszta podróży. – Watażka przesunął się, robiąc miejsce czarnowłosej.
                - Oby! – usiadła i oparła się o drzewo. – Dzięki, już nie czuje pleców... – westchnęła cicho, zamykając oczy.
Iorweth przez chwilę mocował się z fajką, ale ostatecznie postanowił odpuścić sobie palenie. Spojrzał na elfkę kątem oka. Mimo zmęczenia trzymała się całkiem dobrze, choć widać było, że coś jej dokucza. Był pewien, że będzie zgrywała twardą i nie powie mu o co chodzi, więc spojrzał w ugwieżdżone niebo, ledwo widoczne przez gęste korony drzew i zamyślił się na chwilę. Obydwoje siedzieli w zupełnej ciszy, wsłuchując się w cykanie świerszczy, szum strumyka i ciche parskanie koni. 
Nagle jednak błogą ciszę przerwało głośne kichnięcie Rheny. Elfka zaklęła pod nosem, momentalnie przypominając sobie o tym, że nie piła dzisiaj ziół od Cedrica, więc szybko sięgnęła do swojej torby, szukając słoiczka z rozrobionym specyfikiem. 
Iorweth spojrzał w kierunku towarzyszki z zaciekawieniem.
               - Co się stało? – zapytał, przyglądając się temu, co robi Rhena.
               - Muszę znaleźć... – zaczęła przegrzebując torbę. – O, jest! – Wyjęła słoik, odkręciła go i szybko pociągnęła sporego łyka.
               - Co to za świństwo? 
               - Zioła od Cedrica – Skrzywiła się, zakręcając nakrętkę, po czym schowała specyfik z powrotem do torby. – Niedobre jak cholera, ale po nich dobrze się czuję. 
               - Mhm... – przytaknął. – Te same, o których Cedric mówił wczoraj z rana?
Czarnowłosa zbladła na słowa elfa.
               - Tak... te same. Czemu pytasz? – zapytała niepewnie.
               - Bo nie rozumiem po co te tajemnice. Cedric nie ściszałby głosu, gdyby nie zależało wam na tym, bym nie usłyszał co mówi – odpowiedział cierpko.
Początkowo nie wiedziała, jak wyplątać się z tej niezręcznej sytuacji, jednak szybko wymyśliła sobie wymówkę.
               - Reszta elfów będących w pobliżu, również miała tego nie usłyszeć. Nie chciałam, by wszyscy dookoła wiedzieli, że coś mi dolega – odparła bez zająknięcia.
               - Rozumiem, że zgrywasz twardą, ale może powiedziałabyś prosto z mostu o co chodzi, zamiast robić z tego tajemnice. Sama mówiłaś, że zaufanie jest najważniejsze więc powiedz mi, do cholery, co się dzieje? – warknął, patrząc na nią pytającym wzrokiem.
Wbiła w niego swe ciemne tęczówki, przyglądając mu się przenikliwie. W środku walczyła z myślami zastanawiając się, czy to aby nie dobry moment, by wyznać mu prawdę. Teraz, kiedy jeszcze nie jest jej tak bliski, kiedy nie rozerwie jej serca z bólu, gdy on zechce odejść. Po chwili jednak zdała sobie sprawę, że już jest na to za późno i będzie cholerne cierpiała, gdy on tylko się od niej odwróci. 
               - Ból rozsadza mi czaszkę – odezwała się cicho. – A zioła są po to, żebym nie musiała się męczyć... 
Powoli odwróciła głowę i spojrzała gdzieś w dal, przeklinając się w myślach, że znowu skłamała. Chciałaby się odciąć od tego, co ciągnęło ją do Iorwetha i zwyczajnie wyznać mu prawdę, ale nie umiała. Coraz trudniej przychodziło jej patrzenie na niego bez uczucia i jeszcze ciężej było to uczucie ukryć, a co dopiero wyznać coś, czego sama do siebie nie dopuszczała.
                - Rhena... – Do jej uszu, dobiegł nagle jego głos.
                - Słucham..? 
Nie spojrzała na niego. Siedziała nieruchomo, ze wzrokiem wpatrzonym w jakiś nieokreślony punkt. Czuła się jak mała dziewczynka, która znowu nakłamała rodzicom, by tylko dostać cukierka. Czuła się winna.
                - Nie powinienem był tak naskakiwać, wybacz. – Iorweth położył rękę na policzku elfki i powoli nakierował jej twarz na swoją. 
Uniosła wzrok i spojrzała na niego swymi dużymi oczyma. Pomyślała, że gdyby tylko wiedział co chodziło jej teraz po głowie, pewnie zareagowałby całkiem inaczej. Niemniej jednak znowu ją zaskoczył, a ostatnie dni potwierdziły, że coraz bardziej się do niej zbliżał. Ten zamknięty w sobie elf, bardzo powoli się przed nią otwierał pokazując się od strony, której wcześniej nie znała. Zdawała sobie sprawę, że nie przychodziło mu to łatwo.
                - Nic się nie stało... – Znów wpatrzyła się w niego, nie mogąc oderwać wzroku od jego twarzy. Delikatny dotyk dłoni elfa sprawił, że po ciele przeszły ją przyjemne dreszcze. 
Iorweth westchnął cicho. Wiedział, że nie powinien reagować z nerwami, bo tak naprawdę zdrowie elfki nie było jego sprawą. No właśnie, nie było jego sprawą, a on mimo wszystko się interesował. Złapał się na tym, że to nie pierwszy raz, kiedy myślał o Rhenie w taki sposób, jaki niegdyś myślał o smokobójczyni. To był dla niego sygnał, że pękła kolejna warstwa grubej skorupy okalającej jego serce, a elfka stawała mu się coraz bardziej bliska. Jakby tego było mało, Saskia ciągle siedziała w jego głowie i mimo że było dla niego jasne, iż nigdy się z nią nie zwiąże, to przychodziły takie chwile, że o niej myślał. Niestety, przez te wszystkie myśli, strasznie zmącił sobie to, co działo się między nim, a Rheną. Raz był bardziej pewien czego chce, innym razem już mniej. Widział jak elfka na niego patrzy, choć wyraźnie próbowała to ukryć. Czarnowłosa podobała mu się, była waleczna i dzielna, nie bała się tego, co przyniesie jutro. Wiedział, że musi się w końcu zdecydować czy chce się pakować w coś nowego, gdyż nie chciał jej dłużej zwodzić. Postanowił podjąć tę decyzję jak najszybciej. Najlepiej teraz.
Popatrzył w jej czarne oczy, w których dostrzegł małe, tańczące ogniki. Zatracił się w nich na dłuższą chwilę. Coraz ciężej było mu się oprzeć jej przenikliwemu spojrzeniu, z którego mógł w tej chwili czytać, jak z otwartej księgi. Mimo że milczała, doskonale czuł jak go teraz pragnie i potrzebuje. Wpatrywała się w niego spod swych długich rzęs i bezgłośnie mówiła mu, że chce jego bliskości... a on słyszał jak te słowa dźwięczą mu w głowie. Wiedział, że wystarczy jeden gest z jego strony, by ją mieć i na samą myśl o tym, jego zmysły zaczynały wariować. Chciał ją mieć. Pragnienie, które rosło w nim, w zastraszającym tempie, porywczo rozhuśtało jego serce i przyspieszyło oddech. 
Ogniki w jej oczach tańczyły coraz szybciej, a źrenice rozszerzyły się gwałtownie. Wodziła po jego twarzy rozbieganym wzrokiem, czekając na jakikolwiek znak z jego strony. Dotyk dłoni elfa na policzku, zaczął doprowadzać ją do obłędu, miała ochotę się na niego rzucić, ale powstrzymywała się z niemałym trudem. 
Dowódca Wiewiórek stoczył w swoim życiu niejedną walkę, ale bój jaki toczył w tej chwili z samym sobą, był najcięższą bitwą, w jakiej kiedykolwiek brał udział. Rozsądek szeptał mu: „Odpuść sobie", serce zaś krzyczało: „Weź ją". Wiedział, że jeśli posłucha serca, będzie to znaczyło, że podjął decyzję na korzyść Rheny. I właśnie wtedy, kiedy znów wypowiedział w myślach jej imię, krzyk serca zagłuszył szept rozsądku, podsuwając mu tylko jedną możliwą odpowiedź. Przyciągnął elfkę do siebie i wpił się łapczywie w jej rozgrzane wargi. Nie było już odwrotu i nie żałował, że podjął właśnie taką decyzję. Wciągnął czarnowłosą na kolana, a kiedy usiadła na nich okrakiem, objął ją mocno w pasie i przycisnął gwałtownie do siebie. Położyła ręce na jego ramiona, nie odrywając się od rozgrzanych ust, które bez zahamowań pieściły jej wargi, a on całował ją tak, że momentami brakowało jej tchu. Pragnęła jedynie by nie przestawał. Odwzajemniała pocałunki z żarliwością i coraz większą łapczywością, jakby rywalizowała z Iorwethem o to, kto będzie całować namiętniej. Przesunęła dłonie na jego twarz odrywając się na chwilę, po czym odrzuciła gęste włosy na bok. Trzymał ją mocno w objęciach, jakby bał się, że mu ucieknie. Jej wzrok był rozpalony, a usta pragnęły więcej, jednak musiała spojrzeć na niego, by upewnić się, że jej się to nie śni. Delikatnie przesunęła opuszkami palców po szczupłych policzkach elfa, a kciuk jej lewej dłoni, przejechał po bliźnie tuż nad jego ustami, zatrzymując się na chwilę w tym miejscu. Uwielbiała go całego i chętnie zdarłaby mu tą szkarłatną chustę z twarzy, ale wiedziała, że jest jeszcze za wcześnie, by móc to zrobić. Przysunęła się do jego ust i ponownie wpiła się w nie rozgrzanymi wargami. Jej loki łaskotały go po twarzy. Zacisnął dłonie na jej biodrach, a pożądanie rozsadzało go od środka. Nie zamierzał jednak od razu spełniać swoich pragnień, choć cholernie o tym marzył. W jej oczach mógł wyczytać, że zrobiłaby dla niego wszystko i oddałaby mu się choćby i zaraz, ale przecież nie o to tu chodziło, by wykorzystywać jej słabość do jego osoby. Powolnym ruchem oderwał się od ust Rheny i delikatnie przejechał dłonią po jej zarumienionym policzku. Patrzył na nią, starając się unormować oddech. Delikatnie muskał jej wargi swymi wargami. To była magiczna chwila, pełna rozpalonych spojrzeń i cichych pomruków. Ich serca waliły jak szalone, a rozgrzane ciała starały się ostudzić, chłodem panującym dookoła. Nie protestowała, kiedy zwyczajnie się pohamował, a ich pocałunki nie posunęły się dalej. Była szczęśliwa, że w końcu ma go blisko, przy sobie. I to było teraz najważniejsze.  



___________
Słownik starszej mowy:
* Ceádmil taedh - witaj bardzie  


  • Kędziorek lubi to

gallery_57_14_140762.gif
Ayd f'haeil moen Hirjeth taenverde...


#70 Charionette

Charionette
  • 345 postów
  • Płeć:Kobieta

Napisano 03 październik 2017 - 22:25

Jej, nie znałam Tharlena od tej strony. Jasne, zawsze martwił się o siostrę, nie sądziłam jednak, że  aż tak bardzo. Ta jego przemowa o braku motywacji do życia naprawdę mnie poruszyła. W ogóle ta scena była taka fajna, prawdziwa. Żadnych półsłówek, złośliwości czy niedomówień. Prosto z mostu, to co leży na wątrobie. Super, że uważa Cedrica za przyjaciela. 

 

 

 

 - Nie zrozum mnie źle, młody... ale na jego miejscu również byłoby mi ciężko się powstrzymać. Twoja siostra jest bardzo piękną elfką o niebywałej urodzie, trzeba być kompletnym ignorantem, by tego nie zauważyć. 

lf54mca.gif

"Może mi powiesz, że też się jej przypatrywałeś?"  :lol:  

 

Ale zaskoczenie, że Jaskier znowu się w coś wpakował :D nie spodziewałam się, że Adris i Ciaran mogą zrobić coś bez kłócenia się i domawiania. Ładna, czysta akcja, jak nie oni  :lol:  W sumie to Jaskier mógłby odrobinę dorosnąć i zacząć myśleć inną częścią ciała, bo Adris się nawet szczególnie napracować nie musiała.

I to był ten plan Geralta? No faktycznie, bez barda by się nie udało  :rolleyes:

 

W końcu coś się zadziało między Iorwethem i Rheną...i nikt im nie przeszkodził

xgfvIMO.gif

Tylko cała ta scena wydała mi się niepokojąca w kontekście żyjącej Saskii, dylematów Iorwetha i obawy o życie Rheny. Mam nadzieję, że jak przyjdzie odpowiedni czas, Watażka będzie wiedział do kogo żywi jakie uczucia. Jak to ktoś kiedyś mądrze powiedział: Jeśli zakochasz się w dwóch osobach, wybierz tę drugą... Bo gdybyś naprawdę kochał tę pierwszą nigdy nie pokochałbyś innej. 

Tak tak, sytuacja jest nieco inna, bo on żyje w przekonaniu, że Saskia nie żyje, ale jednak, niech o tym pamięta w odpowiednim czasie ;)

 

Roche taki wielki nieobecny w tym odcinku. Bardzo czekam na jego konfrontację z Geraltem. Czy odbędzie się spokojnie, czy dojdzie do jakiś rękoczynów...

No i gdzie są te czarodziejki, one powinny tak stopniowo mieszać, bo jak wjadą na raz z tym swoim planem to świat tego nie wstrzyma  :lol: 


  • Ruda lubi to

 2nwch5L.png

I'm alone...

   


#71 Ruda

Ruda
  • 129 postów
  • Płeć:Kobieta
  • Lokalizacja:Honolulu

Napisano 04 październik 2017 - 14:10

Jej, nie znałam Tharlena od tej strony. Jasne, zawsze martwił się o siostrę, nie sądziłam jednak, że  aż tak bardzo. Ta jego przemowa o braku motywacji do życia naprawdę mnie poruszyła. W ogóle ta scena była taka fajna, prawdziwa. Żadnych półsłówek, złośliwości czy niedomówień. Prosto z mostu, to co leży na wątrobie. Super, że uważa Cedrica za przyjaciela. 

Tharlen to narwaniec, czasami za dużo sobie wyobraża, ale podobnie jak Amher (która pojawi się już niedługo), troszczy się o starszą siostrę i to jest dla niego priorytet. Sam boi się reakcji Iorwetha, choć po cichu liczy, że watażka nie zagra Rhenie na nosie. A jak będzie naprawdę? Wszystko wyjdzie z czasem i wbrew pozorom już nie tak całkiem daleko do wyjścia prawdy na jaw ;) I dziękuję za pochwałę, cieszę się, że scena Ci się podobała <3

 

"Może mi powiesz, że też się jej przypatrywałeś?"   :lol:

Dobrze, że się nie zapytał XDDD (btw. gif mnie zabił XD)
 

Ale zaskoczenie, że Jaskier znowu się w coś wpakował  :D nie spodziewałam się, że Adris i Ciaran mogą zrobić coś bez kłócenia się i domawiania. Ładna, czysta akcja, jak nie oni   :lol:  W sumie to Jaskier mógłby odrobinę dorosnąć i zacząć myśleć inną częścią ciała, bo Adris się nawet szczególnie napracować nie musiała.

I to był ten plan Geralta? No faktycznie, bez barda by się nie udało   :rolleyes:

No tak, co do Jaskra, to nic nowego XD A co do Ciarana i Adris... no cóż, tylko oni wiedzą ile mięsa poleciało z ich ust, kiedy zmierzali do karczmy  :lol: 
Jaskier myślący inną częścią ciała... :hmmm: To chyba nie możliwe XD To znaczy, możliwe, ale tylko w kryzysowych sytuacjach  :D

 

W końcu coś się zadziało między Iorwethem i Rheną...i nikt im nie przeszkodził

Tak, długo to odkładałam xD
 

Tylko cała ta scena wydała mi się niepokojąca w kontekście żyjącej Saskii, dylematów Iorwetha i obawy o życie Rheny. Mam nadzieję, że jak przyjdzie odpowiedni czas, Watażka będzie wiedział do kogo żywi jakie uczucia. Jak to ktoś kiedyś mądrze powiedział: Jeśli zakochasz się w dwóch osobach, wybierz tę drugą... Bo gdybyś naprawdę kochał tę pierwszą nigdy nie pokochałbyś innej. 

Tak tak, sytuacja jest nieco inna, bo on żyje w przekonaniu, że Saskia nie żyje, ale jednak, niech o tym pamięta w odpowiednim czasie  ;)

Myślę, że zanim Iorweth się dowie, że Saskia żyje, będzie miał już jasno nakreślone kto zajmuje najważniejsze miejsce w jego sercu  ;) 
Co do tego przysłowia, to też je znam i można rzec, że staram się do niego stosować :P

Roche taki wielki nieobecny w tym odcinku. Bardzo czekam na jego konfrontację z Geraltem. Czy odbędzie się spokojnie, czy dojdzie do jakiś rękoczynów...
Z tego co pamiętam, to chyba w następnym odcinku... muszę sprawdzić.

EDIT: Jednak nie, ale Vernon się pojawi ;)


No i gdzie są te czarodziejki, one powinny tak stopniowo mieszać, bo jak wjadą na raz z tym swoim planem to świat tego nie wstrzyma   :lol: 
O czarodziejkach będzie cicho przez dłuższy czas, to jedyne co mogę zdradzić :sly:

Dziękuję za komenta :blowkiss:







 


Użytkownik Ruda edytował ten post 04 październik 2017 - 15:47

gallery_57_14_140762.gif
Ayd f'haeil moen Hirjeth taenverde...


#72 Kędziorek

Kędziorek
  • 518 postów
  • Płeć:Kobieta
  • Lokalizacja:Poznań

Napisano 20 październik 2017 - 21:37

Wydaje mi się również, że nie podglądał jej bo wiedział, że się rozbierze, tylko zwyczajnie trafił na... taki widok

Przypadki chodzą po elfach :rolleyes: Cóż, nie od dzisiaj wiadomo, że wiedźmińskie uniwersum słynie z pięknych widoków, prawda Iorweth?  :u347miechwrednyth7:

 

- Fakt, ale jest również bardzo stara i schorowana

Mimo że wiem, że jej wygląd jest zacny, to i tak właśnie ją sobie wyobraziłam jako staruszkę, siwowłosą, pomarszczoną i z garbem  :lol:

 

– Iorweth przy niej to jeszcze gówniarz, jest tylko sto lat starszy ode mnie. 

Gówniarz wypomina gówniarzowi gówniarstwo  :hmmm:  Przyganiał kocioł garnkowi  :whistle:

 

Rozmowa Tharlona z Cedrikiem uświadomiła mi, jak bardzo ograniczone myślenie ma ten młody. Dla niego świat wydaje się być czarno-biały, a tymczasem kolorów jest tam od groma. Oj, żeby go Iorwecik nie zaskoczył, jeszcze odszczeka te swoje gorzkie słowa :dawgie:  Ej, a może to nie o to tylko chodzi? Może jest zwyczajnie zazdrosny, bo Rhena zaczęła więcej uwagi poświęcać Lisowi zamiast braciszkowi? lol xD

 

- Obyś się nie mylił. Bo jeśli będzie inaczej, sławny dowódca Scoia'tael straci głowę i wierz mi, że nie będę miał skrupułów by mu ją odciąć – warknął Tharlen.

Tja, no na pewno da mu radę, już to widzę. O, Tharlen, patrz! Znalazłam twój łeb! -->  :axe:

 

nikt nie widział dzisiaj barda w śliwkowym kapelusiku na głowie. 

A może Jaskier zmienił kapelusik? Geralt pytał o czerwony albo niebieski? Trzeba być otwartym na różne opcje xD

 

- Jestem Adris, mistrzu Jaskrze... 

I w tym momencie zaczęłam Jaskrowi współczuć jak nigdy  :lol:

 

- Zaklinam się, że wszystko powiem, tylko nie ucinajcie mi niczego! – Jaskier przerwał wypowiedź elfa. 

Oj tak, za niektórymi częściami ciała płakałby bardziej niż za innymi  :evil:

 

– Vatt'ghern miał rację, że się nabierzesz. – Ponownie się uśmiechnęła.

I w tym momencie Jaskrowi powinna się zapalić lampka, że skoro Geralt ich przysłał, no to on raczej nie pozwoli na żadne ucinania, a skoro tak, to bym im wszystkiego nie mówiła. Adris, moja droga, takie rzeczy się zdradza po przesłuchaniu, nie przed  :hmm:

 

Iorweth przez chwilę mocował się z fajką, ale ostatecznie postanowił odpuścić sobie palenie. 

Fajka pokonała Lisa Puszczy :o Szok i niedowierzanie! Więc nie jest niezwyciężony :lol:

 

Oj, Rhena, Rhena... Kochać kogoś tak bardzo, że lepiej go okłamywać niż powiedzieć prawdę w obawie przed stratą. Ruda, skąd my to znamy?  :lol:

 

Złapał się na tym, że to nie pierwszy raz, kiedy myślał o Rhenie w taki sposób, jaki niegdyś myślał o smokobójczyni. 

 Tak! O to chodzi! Saskia Smokokłamczyni niech spada na drzewo! xD

 

Odwzajemniała pocałunki z żarliwością i coraz większą łapczywością, jakby rywalizowała z Iorwethem o to, kto będzie całować namiętniej. 

Kto wygrał?  :rolleyes:  Poza tym przyznaję, jestem zdumiona. Żadnych Nekkerów? Nic? Nada? Zero? Może oprócz ziółek Cedric zaopatrzył ich też w swoje pułapki i je porozstawiali wokół...  :hmmm:

 

 Ach, uroczy są, zakochańce jedne  :wub:  :wub:  :wub:



#73 Ruda

Ruda
  • 129 postów
  • Płeć:Kobieta
  • Lokalizacja:Honolulu

Napisano 22 maj 2018 - 19:08

Przypadki chodzą po elfach :rolleyes: Cóż, nie od dzisiaj wiadomo, że wiedźmińskie uniwersum słynie z pięknych widoków, prawda Iorweth?  :u347miechwrednyth7:

3da740faf400802f625597a5b74b22a5.gif
 

Gówniarz wypomina gówniarzowi gówniarstwo   :hmmm:  Przyganiał kocioł garnkowi   :whistle:

:lol: 

 

Rozmowa Tharlena z Cedrikiem uświadomiła mi, jak bardzo ograniczone myślenie ma ten młody. Dla niego świat wydaje się być czarno-biały, a tymczasem kolorów jest tam od groma. Oj, żeby go Iorwecik nie zaskoczył, jeszcze odszczeka te swoje gorzkie słowa  :dawgie: Ej, a może to nie o to tylko chodzi? Może jest zwyczajnie zazdrosny, bo Rhena zaczęła więcej uwagi poświęcać Lisowi zamiast braciszkowi? lol xD

czy ja wiem, czy ograniczone? wyobraź sobie, że widzisz kilkakrotnie na własne oczy, jak ktoś bliski ociera się o śmierć, z której wyrywa raz za razem, jedynie dzięki odrobinie szczęścia ;) on jest po prostu nadopiekuńczy  :D I nie, nie jest o to zazdrosny xD

 

I w tym momencie zaczęłam Jaskrowi współczuć jak nigdy   :lol:

Ahahaha  :devil: 

 

I w tym momencie Jaskrowi powinna się zapalić lampka, że skoro Geralt ich przysłał, no to on raczej nie pozwoli na żadne ucinania, a skoro tak, to bym im wszystkiego nie mówiła. Adris, moja droga, takie rzeczy się zdradza po przesłuchaniu, nie przed   :hmm:

Czego ty od Jaskra oczekujesz? XDD

 

Oj, Rhena, Rhena... Kochać kogoś tak bardzo, że lepiej go okłamywać niż powiedzieć prawdę w obawie przed stratą. Ruda, skąd my to znamy?   :lol:

Cholera... skądś znamy i to chyba aż za dobrze  :lol:  :P 

 

Kto wygrał?   :rolleyes:  Poza tym przyznaję, jestem zdumiona. Żadnych Nekkerów? Nic? Nada? Zero? Może oprócz ziółek Cedric zaopatrzył ich też w swoje pułapki i je porozstawiali wokół...   :hmmm:

Aż tak się nie zagłębiałam w te pocałunki, żeby ustalać wygraną XDD I nie, Cedric, nie zaopatrzył ich w pułapki  :lol: zwyczajnie kiedyś musiało to nastąpić  :P I też ich razem uwielbiam  :wub: 


No dobra, czas na ciąg dalszy, choć dawno mnie tu nie było  :P To jeden z moich ulubionych odcinków i pierwszy, na którym powyrywałam sobie trochę kłaków z głowy xD 




 

Rozdział 4 (cz.4)
gallery_57_12_38097.jpg



                  Zbliżało się południe, kiedy to Cedric i Tharlen dotarli do podnóży Vergen. Zsiedli z koni, które pozostawili w leśnej gęstwinie nieopodal rzeki i dzierżąc na plecach kołczany z łukami, ruszyli w górę po skalistym zboczu otaczającym miasto. Trzeba było włożyć sporo sił, by dotrzeć na sam szczyt. Mimo jesiennej pory, słonko wciąż mocno przypiekało, a im wyżej się szło, tym mniej było drzew dających choć odrobinę cienia, w którym można by przystanąć na chwilę. Na drodze elfów wyrastało coraz to więcej skał, a gdy w końcu dotarli na samą górę, nie zastali tam ani jednego krzewu czy źdźbła trawy. Jedynym widokiem były gołe kamienie, wyższe i niższe, które znajdowały się dosłownie wszędzie.

                  - Gdzie teraz? – Tharlen westchnął ciężko, zatrzymując się tuż za swoim towarzyszem i zgiął się w pół, opierając dłonie na kolanach i spuścił głowę, by wziąć kilka głębokich wdechów.
Cedric spojrzał na młodziana i uśmiechnął się pod nosem, krzyżując ręce na klatce piersiowej.
                  - Aż tak cię rozłożyła ta godzinna wędrówka? – zapytał, sam starając się wyrównać oddech.
                  - Bloede arse, jesteś nie lepszy – wysapał elf, spoglądając na towarzysza spod byka.
                  - Masz rację – przytaknął szatyn. – I o trzysta siedemdziesiąt lat starszy. – Na jego twarz wstąpił kpiący uśmiech.
                  - No dobra, wygrałeś. W nagrodę powiedz, w którym kierunku teraz idziemy? – Tharlen wyprostował się, odgarniając przyklejone do czoła włosy. Jego pytający wzrok zatrzymał się na Cedricu.
Starszy z elfów porozglądał się dookoła, mrużąc powieki w pełnym słońcu, które świeciło mu prosto w twarz i osłaniając oczy ręką przytkniętą do czoła, spojrzał na swojego towarzysza.
                  - Prosto – odpowiedział, wskazując dłonią na niewielką ścieżkę wyżłobioną w skalnym podłożu.
                  - Skąd pewność, że to właściwa droga? Może przez te wszystkie lata zdążyłeś się nabawić sklerozy?
                  - Chciałbyś mieć taką pamięć – odburknął Cedric i wzdychając ciężko ruszył przed siebie.
Długa, wąska droga, zaprowadziła elfy pod wielką stalową bramę, przewyższającą ich o dobre dwa metry. Obydwaj zatrzymali się przed okutym żelastwem wejściem, a młodszy z elfów po krótkich oględzinach, skierował wzrok wprost na swego towarzysza.
                  - Gdzie jesteśmy? Tylko nie mów proszę, że przed główną bramą i, że zaraz coś tu na nas wyskoczy, bo w tej chwili kompletnie nie mam sił na walkę.
                  - To brama Metalurgów, jest zamknięta od bardzo dawna, to wyjście z Vergen, znajdujące się po drugiej stronie miasta, droga ewakuacyjna można by rzec, można się nią dostać w głąb Aedirn, ale z tego, co się orientuje krasnoludy bardzo rzadko z niej korzystają – odpowiedział Cedric, omotując wzrokiem teren dookoła. – Wygląda na to, że skoro w mieście od dobrych kilku lat nie było żadnych ruchawek, nikt nie pomyślał o tym, by otworzyć to wyjście choćby na wszelki wypadek. Sam widziałeś, że dostanie się na górę nie było proste. Ścieżka którą tu dotarliśmy, miała jedynie posłużyć za drogę ucieczki, którą krasnoludy zeszłyby w dół, żaden żołnierz nie dotarłby na górę w pełnym uzbrojeniu, dlatego jesteśmy tu bezpieczni jak w żadnym innym miejscu na świecie. Nawet jeśli ktoś nas zauważy... – wskazał ręką na niewielkie wyżłobienia w kamieniu, prowadzące ponad dwa metry w górę na niewielką ścieżkę tuż przy murze – kiedy będziemy tam siedzieć, to uciekniemy bez większych przeszkód. Minie kwadrans, zanim zdejmą tą ciężką zasuwę wykutą z kamienia, która blokuje wejście, w tym czasie możemy być już daleko stąd – dodał, po czym zaczął wspinać się po skale.
Młody elf ruszył za swoim towarzyszem i kiedy znalazł się obok, jego oczom ukazała się piękna okolica, która zapierała dech w piersiach. Z miejsca w jakim się znajdowali, można było omotać wzrokiem prawie wszystko, aż po główną bramę. Było tu tak wysoko, że nie dało się zobaczyć jedynie tego, co znajdowało się na skalnej ścianie, z której patrzyli. Domy wykute w kamieniu, liczne ścieżki, niewielki wodospad wypływający prosto z jednej ze skał i słońce padające na każde najmniejsze wyżłobienie, wszystko to tworzyło obraz bajecznego miejsca po którym kręcili się teraz kaedweńscy wojacy.
                   - Widok tego ścierwa, znacznie kłóci się z pięknem Vergen – odparł Tharlen, wskazując ruchem głowy na dwóch żołnierzy, prowadzących czwórkę krasnoludów ze skrępowanymi za plecami dłońmi. – Będziemy na to patrzeć tak bezczynnie? Skoro nas nie złapią, to odstrzelmy tych sukinsynów – dodał, sięgając po łuk.
                  - Jesteś w gorącej wodzie kąpany. – Cedric ruchem ręki zatrzymał młodziana. – Przyszliśmy tu dowiedzieć się, co się dzieje, jeśli zwrócimy na siebie uwagę żołnierzy, możemy o tym zapomnieć i wtedy to oni w mig dowiedzą się, że Scoia'tael coś knują. Chyba nie tego chcemy, prawda?
                 - Więc co, mamy się biernie przyglądać? Po to tu jesteśmy?
                 - Cierpliwość Tharlen, cierpliwość... – Szatyn spojrzał w kierunku Kasztelu, do którego prowadzono więźniów i skierował wzrok na wydrążoną ścieżkę, na której obydwaj się znajdowali. – Chodź za mną.

                                                                                                                                                                                                   

***

                                                                                                                                                                                                
Geralt, który koniecznie chciał się zobaczyć z Roche'em, mocno się zdziwił, gdy wczorajszego dnia dowiedział się od jego ludzi, że Temerczyk musiał pilnie wyjechać z Vattweir. Nikt nie chciał puścić pary z ust i zdradzić dokąd udał się dowódca Niebieskich Pasów, ale to wystarczyło by wiedźmin nabrał domysłów, dlaczego tak skrzętnie ukrywa się miejsce pobytu Vernona. Czuł, że całe to zamieszanie ma również związek z Lożą Czarodziejek, dlatego ponownie postanowił przyłączyć się do Scoia'tael, by odnaleźć Triss i raz na zawsze wyjaśnić z nią wszelkie niejasności, a potem pójść w swoją stronę i zająć się własnymi sprawami.
Kiedy wszedł do karczmy pod murami, gdzie miał się spotkać z Wiewiórkami i krasnoludami, od wejścia przywitał go wściekły Jaskier, który od wczoraj bał się wystawić nos za próg swego pokoju. Poeta wyglądał jakby nie spał od doby, a kredowy odcień skóry na jego twarzy, na swój sposób rozbawił przybyłego wiedźmina.
                    - Nie za dobrze wyglądasz przyjacielu. Czyżbyś pilnował drzwi i okien ostatnimi czasy? – zapytał z sarkazmem siwowłosy.
                    - To ani trochę nie jest śmieszne! – Bard pociągnął przyjaciela na bok, wprost do stołu pod ścianą. – Do stu diabłów, w coś ty mnie wpakował Geralt?!
                    - Gdybyś wszystko mi powiedział, nie byłoby sprawy – odpowiedział ze spokojem wiedźmin, siadając na jednym ze stołków.
                    - Cholewka, ten Temerczyk skróci mnie o głowę, jak się dowie, że wypaplałem wszystko o czym rozmawialiśmy...
                    - Nikt nie będzie cię o nic skracał. Tu dzieje się coś podejrzanego i nie podoba mi się to coraz bardziej. Jak wytłumaczysz mi zniknięcie Triss lub nagły wyjazd Roche'a? Jeśli masz na to jakieś logiczne wytłumaczenie, to słucham. – Wiedźmin skrzyżował ręce na klatce piersiowej i marszcząc groźnie brwi, spojrzał w oczy siedzącego po przeciwnej stronie blatu barda, który jedynie westchnął przeciągle na jego słowa.
                    - Sam chętnie dowiem się, co się tu dzieje, kur.wancka mać – powiedział Yarpen, który podszedł do stołu, wraz z dwójką swoich kompanów.
Geralt i Jaskier, jak na znak spojrzeli w kierunku przybyłych.
                    - Dołączam się do pytania – przytaknął siwowłosy, robiąc obok siebie miejsce krasnoludom. – Słuchamy, co masz nam ciekawego do powiedzenia... szpiegu – skierował kamienny wzrok na przyjaciela.
Bard przyglądał się jak Zoltan i spółka rozsiadają się na stołkach i zastanawiał się od czego ma zacząć i czy w ogóle powinien zaczynać. Obawiał się trochę reakcji tej trójki na to, co ma im do powiedzenia.
                   - Widzę, że wpadliśmy w odpowiednim momencie. – Nagle przy stole zjawiła się również Adris wraz Ciaranem.
                   - Że niby co te... – Sheldon obrzucił elfy pytającym wzrokiem, który szybko przeniósł na Geralta – mają wspólnego z tym wszystkim?
                   - Jak się okazuje mamy i to sporo. – Adiutant nachylił się nad blatem i oparł ręce na brzegach drewnianego stołu, mierząc wzrokiem zgromadzonych.
                   - Gdyby nie wasze przesłuchania, nic byście nie wiedzieli – wtrącił się Jaskier, trochę pewniejszym głosem, ośmielony obecnością krasnoludów i wiedźmina.
Elfka oparła dłonie na biodra i westchnęła cicho, uśmiechając się do barda.
                  - Gdyby nie twoja słabość do cycków, w istocie nie wiedzielibyśmy za wiele. Tak czy inaczej, wszystko o czym powiedział ci Roche, nie ma aż tak wielkiego znaczenia jak informacja o której zaraz wspomnimy. I lepiej sprawdź czy buty dobrze trzymają ci się na nogach, bo zaraz wyzuje cię z cholew – powiedziała, przysiadając się obok poety.
                  - Dosyć tego pier.dolenia, bo aż mnie łeb rozbolał – odezwał się Zoltan. – Gadajcie co się dzieje i oby to było warte naszego przyjścia tutaj.
Ciaran zajął miejsce obok Adris i skrzyżował ręce na klatce piersiowej. Wpierw spojrzał w kierunku karczmarza, który wraz ze swą żoną krzątał się za ladą, potem rozejrzał się po pomieszczeniu, bacznie obserwując czy nikt nie przygląda się tej nietypowej zbieraninie, z którą siedział przy stole lub co gorsza czy ktoś nie podsłuchuje, po czym skierował wzrok na krasnoludy siedzące obok wiedźmina.
                 - Smokobójczyni żyje. Temerczycy upozorowali jej śmierć – powiedział, obserwując reakcję trójki brodaczy, którzy patrzyli teraz po sobie z takimi wyrazami twarzy, jakby ktoś właśnie wysadził cały Mahakam w powietrze. Geralt i Jaskier mieli nie lepsze miny.
                 - Słuchaj no, parszywy elfie... – warknął nagle Sheldon. – Jeżeli robisz sobie z nas żarty, to mówię ci, że twój chuderlawy łeb przetoczy się zaraz na drugi koniec karczmy i wszyscy tu siedzący są mi świadkami, że zamachnę się toporem nim zdążysz dobyć miecza – mówił, wstając gwałtownie ze stołka.
                 - Waż słowa krasnalu – syknął adiutant, również wstając. – Nie jesteśmy kłamcami i nie przyszliśmy tu by walczyć, ale jeśli będzie trzeba to ukrócimy kilka brodatych głów.
                 - Spokój do jasnej cholery. – Wiedźmin wtrącił się, rozglądając po pomieszczeniu i starając się załagodzić sytuację. – To tylko kwestia czasu zanim ktoś w końcu zwróci na nas uwagę i zapewniam was, że kiedy Roche dowie się o tym, co wyprawia się za jego plecami, będzie nas ścigał choćby miał przeprawić się przez sam Korath.
Yarpen skierował wzrok na siwowłosego i z ciężkim westchnieniem podrapał się po brodzie.
                  - Z całym szacunkiem Geralt, ja cię lubię, jesteś równiacha, ale czasami jak coś pier.dolniesz to się kłaki na dupie mechacą. Myślisz, że my, krasnoludy będziemy się bać jakiegoś chędożonego Temerczyka? Jak będzie trzeba to i jemu się łeb odrąbie toporem, tak jak tym łgarzom tutaj! – ryknął, po czym podniósł się ze stołka, na co reszta rozmówców przy stole zareagowała równie porywczo.
W jednej chwili zrobił się raban. Stojące na blacie piwo wylało się na drewnianą powierzchnię, przeciekając przed szczeliny w deskach prosto na podłogę, a Jaskier w ostatnim momencie uchronił się przed oblaniem, szybko odskakując od stołu.
                 - Uspokójcie się ludziska! Chyba nie będziecie się tu chlastać?! – krzyknął, próbując załagodzić sytuację, lecz tylko pogorszył sprawę, gdyż elfy i krasnoludy od razu skoczyły sobie do gardeł.
Widząc co się dzieje, wszyscy przebywający w karczmie nieludzie, w pośpiechu zaczęli opuszczać pomieszczenie, a bard w okamgnieniu schował się za wiedźmina, który w ostatniej sekundzie wszedł między młot a kowadło, starając się nie dopuścić do rozlewu krwi.
                - Do ku.rwy nędzy, mówiłem, że ma być spokój – warknął Geralt, a tuż po tym uchylił się przed rozłupaniem czaszki ostrym toporem. W przypływie strachu, Jaskier również wykonał unik rodem z wiedźmińskiej szkoły, choć sam do końca nie miał pojęcia jak to robił.
                 - Z drogi Geralt! Zaraz pokaże tym leśnym darmozjadom jak to jest mieć ostrze wbite w sam środek łba! – ryknął Yarpen.
                 - Bloede arse, przeklęte krasnoludy! – syknął Ciaran, odsuwając się nieznacznie przed ciosem, lecz wciąż trzymał obronną postawę. - Odsuń się vatt'ghern, niech no dopadnę któregoś, to mu język za te bluźnierstwa obetnę!
                 - Słyszeliście wiedźmina czy nie, ochlaptusy?! – wtrącił się karczmarz, wychylając głowę zza lady. – Spokój ma być, bo zara sam za coś złapie i wam te kacze dupy oskubie!
                 - Ty się lepiej martw kozi bobku, o to byś piwo mógł dalej nosić, bo jak się zamachnę toporem to za jednym razem ci obydwa łapska odrąbię! – ryknął Sheldon, na co mężczyzna od razu schował łeb za ladę. Krasnolud przeniósł wzrok na elfy odgrodzone postawną sylwetką Geralta i zmarszczył groźnie czoło, spluwając na podłogę. – Koniec tego pieszczenia, wyłazić mizerne chuderlaki, ile za wiedźminem się będziecie chować?!
                 - Jak mnie nazwałeś?! - zapiszczała Adris, momentalnie czerwieniejąc na twarzy ze złości. – Już ja ci dam mizerne chuderlaki, ty... ty karle brodaty! – Rzuciła miecz na ziemię i ruszyła na krasnoluda z pięściami.
Widząc co się szykuje, Jaskier z werwą wyskoczył przed wiedźmina, od razu zagradzając elfce drogę zanim ktokolwiek ruszył z miejsca.
                 - Stój kobieto! – złapał ją za ramiona, próbując odciągnąć od szalonego planu. – Na pewną śmierć idziesz!
Blondynka spojrzała na barda, marszcząc czoło w rosnącym gniewie, po czym wyrwała się z jego objęć, z impetem łapiąc go za kołnierz od koszuli.
                 - Pewną śmierć? Pewną śmierć?! Czy ty próbujesz mnie obrazić twierdząc, że nie dam sobie rady?! – syknęła, zgrzytając zębami.
Wszyscy jak na zawołanie przestali się kłócić, spoglądając w kierunku Adris i Jaskra z zaciekawieniem. Nawet żona karczmarza i sam karczmarz wystawili głowy spod lady, chcąc zobaczyć jak poeta ma zamiar wybrnąć z kłopotów w jakie się wpakował. Zanim jednak z ust barda wydobyła się jakakolwiek sylaba, elfka zamachnęła się i z impetem przyłożyła mu w twarz tak mocno, że mężczyzna od razu wylądował na ziemi, wpadając wprost pod jeden ze stołów.
                 - Nienawidzę kiedy ktoś mnie obraża! – zapiszczała ponownie, nie zwracając uwagi na bolącą rękę.
Zoltan zrobił wielkie oczy, spoglądając wpierw na swoich kompanów, a potem na Geralta i elfa stojącego tuż obok wiedźmina.
                 - Zaprawdę powiadam wam, że w życiu wiele już widziałem, ale takiego pier.dolnięcia i to od elfiej baby... jeszcze nigdy.
Siwowłosy westchnął cicho, kręcąc w niedowierzaniu głową i ruszył do przyjaciela, żeby wydobyć go spod stołu.
                 - Żyjesz Jaskier? Czy trzeba będzie cię czarami składać do kupy? – zapytał, przysuwając sobie stołek i kiedy tylko usiadł, wsparł łokcie na kolanach nachylając się nad poetą.
Bard wolno podniósł się do pozycji siedzącej, wciąż trzymając się za twarz. Czuł jak z nosa leje mu się krew i boli go cała szczęka, a przed oczami świat wiruje mu jak karuzela. Miał również wrażenie, że elfka wybiła mu któregoś z przednich zębów, ale chwilowo ból nie pozwalał mu tego sprecyzować.
                  - Będzie żył – wtrącił się Ciaran, przyglądając się, jak wciąż wściekła Adris rusza do wyjścia z karczmy. Przeniósł wzrok na krasnoludy, po czym schował broń i oparł się o stół, krzyżując ręce na klatce piersiowej. – A wracając do naszej rozmowy... nie kłamałem, Saskia wciąż żyje. Wasi kompani podążają w kierunku Vergen, mają się zebrać i chcą ruszyć by ją ratować – dodał, starając się mówić spokojnie i nie wszczynać kolejnej kłótni. – Nie w smak jest nam kłamać w takiej sprawie, a tym bardziej stroić sobie żarty, gdyż to dotyczy wszystkich nieludzi, którzy chcą wreszcie zaznać spokoju, w tym Scoia'tael, więc spróbujmy się dogadać bez kopania po rzyciach. Możemy?
Yarpen spojrzał po swych towarzyszach, którzy w aprobacie skinęli głowami, sami chowając broń.
                  - Wydaje mi się, że możemy – powiedział, wygodnie usadawiając się przy stole. – Polej no piwa karczmarzu, a ty elfie idź no za ten czas po swoją koleżankę, by komu czasem łba na wku.rwie nie urwała – dodał i spojrzał w kierunku Jaskra, który zachwiał się na nogach zaraz po tym jak wstał spod stołu. – Geralt, bierz no naszego bohatyra i sadzaj go tu, jak się napije, to wszystkie bolączki od razu mu przejdą! – walnął pięścią w stół i przeniósł wzrok na karczmarza, który uwijał się jak w ukropie, zapełniając ogromne szklanice złocistym trunkiem. – Jeśli to wszystko prawda to dogadamy się, oj dogadamy... A wtedy biada temu, kto nam szyki pokrzyżował.

                                                                                                                                                                                                  

***

                                                                                                                                                                                                   
Roche wolnym krokiem szedł w kierunku kasztelu, co rusz rozglądając się dookoła. Jednym co musiał przyznać, był fakt, że krasnoludy odwaliły w tym miejscu kawał dobrej roboty i Vergen wyglądało imponująco. Domy wykute w litych skałach robiły wrażenie, a samo zamczysko, w którym przebywali teraz wszyscy prawowici mieszkańcy, jakich udało się wyłapać kaedweńskim żołdakom, było najpiękniejszą budowlą w miasteczku. Przystanął na chwilę przed wejściem, odwracając się za siebie, by zobaczyć widok jaki rozciągał się ze wzgórza i nieznacznie uśmiechnął się pod nosem. Miał zamiar pozwolić odejść wszystkim przesłuchanym, którzy nie będą sprawiali problemu, jednakże nie mógł popuścić nikomu kto wiedziałby cokolwiek na temat jego przekrętu ze sławetną Smokobójczynią na czele. Na samą myśl o tym, że uciekł jeden z krasnoludów, który widział całe zajście z wyciągnięciem żywej Saskii z jej komnaty, krótki włos jeżył się na głowie dowódcy Niebieskich Pasów. Miał jednak cichą nadzieję, że uciekinier nie zbiegł daleko, a w lesie dorwało go coś paskudnego rozwiązując niepożądany problem. Zważywszy na to, że w okolicznych krzakach czaiły się trupojady i utopce, szanse na śmierć były spore. Vernon musiał trzymać się tego scenariusza i ślepo w niego wierzyć jeśli miał działać dalej, innej myśli nawet do siebie nie dopuszczał, choć i na to miał plan awaryjny.
                  - Ilu ich tam macie? – wszedł do środka i zwrócił się w kierunku kaedweńskiego strażnika pilnującego wejścia do Agory - wielkiej sali z ogromnym, wykutym w kamieniu stołem, gdzie zazwyczaj odbywały się narady wojenne.
                 - Będzie ze trzydziestu. Część zginęła, a część uciekła, każdy kąt sprawdziliśmy – odpowiedział mu mężczyzna przecierając czoło, po którym spłynęła stróżka potu.
Roche zamyślił się na chwilę, beznamiętnym spojrzeniem spoglądając prosto w drzwi, za którymi znajdowała się spora gromadka jeńców. W głowie szybko zrodził mu się nowy plan, który przestał uwzględniać wypuszczenie kogokolwiek.
                  - Odmaszerować – odezwał się niespodziewanie, ciągle utrzymując wzrok na drzwiach.
                  - Że jak? – upewnił się strażnik, mając nieodparte wrażenie, że się przesłyszał. – Mam wyraźne rozkazy pilnować tego wejścia jak oka w głowie. Jeńcy mają być przesłuchani, a potem...
                  - Gówno mnie obchodzi jakie masz rozkazy! – żachnął się Temerczyk, tonem nie znoszącym sprzeciwu. – Ja i twój król mamy układ, a wedle niego Kaedwen jest winne Temerii przysługę. Odmaszerować i czekać na zewnątrz przed kasztelem – dodał surowo i nie czekając na reakcję straży, pchnął drzwi prowadzące do Agory. Nie chciał by ktokolwiek słyszał jego rozmowę.
Ruszył przed siebie wąskim korytarzem, słysząc podszepty więzionych krasnoludów. Kiedy przystanął na schodach, wszystkie oczy skierowały się w jego kierunku, a w pomieszczeniu zrobiło się cicho. Jedynie wiatr świszczał wysoko pod sufitem.
                  - Ma się rozumieć – nagle odezwał się jeden z więźniów – że bez tych kajdan rozmawiać się nie da? – Zmarszczył brwi, unosząc spętane okowami ręce. – Musisz ty wiedzieć Temerski koguciku, że potocznie mówiąc, gówno ci powiemy. Nie masz co strzępić jęzora na wyszukane groźby – mówił, starając się podrapać po podbródku na którym rosła długa, czarna jak smoła broda. – Ino zwoje mózgowe przesilisz, a jak się pomarszczą bardziej to już skleroza bliska.
Kilku krasnoludów zarechotało cicho pod nosem lecz Roche nie zwracał uwagi. Pozwolił ciemnobrodemu dokończyć wypowiedź, sam siadając na honorowym miejscu, na którym Saskia miała zwyczaj zasiadać podczas wojennych obrad. Opadł plecami na oparcie i skrzyżował ręce na klatce piersiowej. Przeleciał wzrokiem po trzydziestu chłopa siedzących na ławkach pod ścianą i cicho westchnął.
                 - Wystarczające tortury zapewni wam król Kaedwen, więc pozwolę sobie zaoszczędzić wam tych przykrych doświadczeń.
                 - Więc po cholerę nas tu trzymacie? I tak nie uciekniemy, całe miasto Kaedwenami obstawione, a jeszcze tyś się Temerczyku między te gnidy wplątał i chcesz z nas ostatnie soki wydusić. Jakiej ku.rwy
 chcesz? Życie ci nie miłe? – syknął krasnolud, podnosząc się z miejsca z nerwami, jednak siedzący obok kompan szybko go zatrzymał. – Gdyby nie te kajdany, oj porozmawialibyśmy inaczej... Pewno to wy Saskie otruliście i w zmowie z Henseltem jesteście!

Roche zmarszczył groźnie czoło i momentalnie wyprostował się jak struna.
                 - Za dużo kłapiecie ozorami, jak na kogoś, kto ma w tej chwili najmniej do powiedzenia – warknął gniewnie. – Radziłbym się przymknąć i odpowiadać na pytania, jeśli chcecie wyjść z tego żywi.
                 - A wsadź sobie w rzyć swoje groźby! – Inny krasnolud splunął na ziemię, prosto pod nogi dowódcy Niebieskich Pasów. – Kolaborantów z nas chcecie zrobić?!
                 - Coraz bardziej pogrążacie swoje szanse na wolność, a w tej chwili jestem jedynym człowiekiem, który może was stąd wyciągnąć. – Roche starał się mówić spokojnym głosem, choć w środku zaczynało się w nim gotować.– To jak brodaci kamraci... Macie zamiar współpracować...? Czy dacie się zabić za własne przekonania, które Stennis skutecznie zrównał z ziemią?
                - To, że Saskia nie żyje, nie oznacza, że nie będziemy walczyć o swoje. Należy jej się szacunek nawet po śmierci, a jedyny sposób w jakim możemy ją teraz uhonorować to trwać w swoich przekonaniach – odezwał się kolejny z krasnoludów. – Gdyby zginął twój król Temerczyku, uciekłbyś z kraju jak tchórz zmieniając barwy na Kaedweńskie czy pomściłbyś go walcząc do upadłego w jego imieniu? Kolaboracja czy honor?
Dowódca Niebieskich Pasów doskonale znał odpowiedź na to pytanie, ale nie miał zamiaru dyskutować o tym z więźniami. Rozumiał decyzję krasnoludów jak nikt inny, dobrze wiedząc, że on szukałby mordercy Foltesta, choćby miał przekopać cały Nilfgaard, a nawet i Zerrikanię.
Tak czy inaczej, jego metoda działała. Wiedział już, że schwytani mieszkańcy Vergen są przekonani o śmierci Smokobójczyni i to było w tym wszystkim najważniejsze.
                                                                                                                                                                                                     

***

                                                                                                                                                                                                     
Cedric i Tharlen siedzieli wysoko na murach, z ostrożnością obserwując jak Roche próbuje swoich sztuczek na krasnoludach. Agora, która tuż pod swym wysokim sufitem, miała wykute w ścianach kilka wylotów powietrza, jak się szybko okazało, miała też drogę ewakuacyjną, którą elfy niechybnie odkryły. Wystarczyło odsunąć kamień i spuścić sznurową drabinę ukrytą tuż za nim, by pomóc jeńcom uciec, jednak póki w środku znajdował się Temerczyk, trzeba było powściągnąć swój plan i cierpliwie czekać. Szatyn już od dawna miał ochotę wcisnąć strzałę między oczy królewskiego agenta, niestety musiał się powstrzymać z uwagi na informacje, których właśnie teraz Scoiata'el potrzebowali jak powietrza, a gdyby Roche teraz zginął, zapewne nikt nigdy nie potwierdziłby im prawdziwości wieści na temat Saskii. Przeczuwali, że dowódca Niebieskich Pasów nie jest tu bez powodu i gdyby sprawa nie dotyczyła Temerii, nigdy by go tu nie spotkali.
                     - Ile jeszcze..? – szepnął Tharlen, marszcząc czoło. – Niech ta wesz skończy już swoje gierki i wraca na skórę swojego żywiciela. Słońce znika z horyzontu, a to ścierwo nadal tu siedzi, nie damy rady pomóc póki on tu jest.
                     - Mówiłem ci młody, musisz być cierpliwy. Im ciemniej, tym lepiej, kaedweńscy żołdacy zasną na warcie, a my pomożemy uciec krasnoludom.
Ledwo Cedric skończył mówić, a Roche wstał od stołu i skierował się do wyjścia. Gdy elfy usłyszały trzask zamykających się drzwi, od razu odsunęły ciężki kamień, który swym chrobotaniem zwrócił uwagę czarnobrodego krasnoluda. Ten szturchnął kompana siedzącego obok, który również spojrzał w górę, a po nim to samo zrobiło kilku innych więźniów.
                     - Wiewiórcy..? – Ów czarnobrody szepnął z zaskoczeniem, widząc chuderlawe postacie o szpiczastych uszach, zaglądające do środka.
                     - Pomożemy wam – odezwał się Tharlen, po czym sięgnął po sznurową drabinę.
Nagle drzwi znowu się otworzyły, a do środka weszło dwóch strażników. Cedric w ostatniej chwili zatrzymał młodziana gestem ręki i wraz z nim od razu się schował, jednak kaedweńscy wojacy usadowili się przy wejściu nie mając najmniejszego zamiaru wyłazić z korytarza. Jeden z krasnoludów zaklął pod nosem. Szatyn na powrót spojrzał do wnęki w murze.
                     - Coś tam komuś nie pasuje, hę? – odezwał się nagle jeden z mężczyzn.
                     - Odrobina prywatności by się przydała – odburknął czarnobrody. – Przecie nie uciekniemy, kajdany na rękach mamy, a jedyne wyjście przez drzwi pod którymi swe kaedweńskie dupska posadziliście.
                     - I będziemy tu siedzieć, aż do następnej zmiany. Drzwi od zewnątrz zamknięte, a przed kasztelem czterech naszych, wyjść pilnuje. Skargi nie do nas, takie rozkazy, więc zawrzeć gęby i siedzieć cicho.
Krasnolud westchnął i z bezradnością wymalowaną na twarzy spojrzał do góry wzruszając ramionami. Cedric miał już jednak pewien plan, który szybko ułożył sobie w głowie. Sięgnął po łuk i strzałę, po czym wystawił się bardziej, celując grotem prosto w rozwidlenie korytarza, a następnie skinął głową na brodacza dając mu do zrozumienia, by jakoś sprowadził strażników do środka. Tharlen również chwycił za łuk i wystawił się w oknie przez które wcześniej obydwaj obserwowali Roche'a. Czarnobrody ponownie zaklął. Tym razem bardziej siarczyście niż poprzednio.
                   - Widzieliście no tych patałachów? We własnym mieście każą gęby zamykać, bo pewno kur.wie syny chcą na warcie spać – powiedział do swoich kompanów. – A my to co? Prawa do snu nie mamy, ino zmuszeni jesteśmy wysłuchiwać ich pierdzenia, a później pewno i chrapania!
                   - A no racje masz przyjacielu! – dołączył się drugi krasnolud, w lot pojmując sens tej rozmowy. – Ale te kaedweńskie szczury tak już mają, pewno własne baby ich znieść nie mogły to na front ich z uśmiechniętymi gębami posłały, a same dupczą się z takimi co to większą kulturę mają!
                   - Coś ty powiedział?! – Jeden ze strażników poderwał się na równe nogi i od razu ruszył w głąb korytarza.
                   - Patrzcie no, uszów też nie myje, bo powtarzać mu trzeba! Nie dość że chamy to jeszcze brudasy!
                   - Brudasy?! - Drugi wojak również nie wytrzymał. Wstał i od razu pomaszerował za kolegą. – Czekaj no, jak obetnę ci jęzor, to przestaniesz cwaniakować!
Cedric naciągnął cięciwę mocniej. Wycelował idealnie tam gdzie chciał, przeszywając na wskroś serce Kaedweńczyka. Zanim drugi zorientował się co jest grane, grot strzały wystrzelonej przez Tharlena, przebił mu prawe płuco. Czarnobrody od razu poderwał się z miejsca, by znaleźć klucze do kajdan, a elfy zabrały się za spuszczanie drabiny.
                   - Miałeś rację stary druhu. – Młodzian spojrzał na szatyna z uznaniem. – W takich chwilach jak te, cierpliwość jest prawdziwą cnotą.  

 



 


gallery_57_14_140762.gif
Ayd f'haeil moen Hirjeth taenverde...


#74 Charionette

Charionette
  • 345 postów
  • Płeć:Kobieta

Napisano 25 maj 2018 - 16:22

O jaa, ale fajnie, że wróciłaś  :vivalabamba: 
Kurcze...o czym było opowiadanie? xD Żartuję, pamiętam ^^

Nie dziwię się, że to Twój ulubiony odcinek, mój chyba też. Ach, krasnoludy...Ich temperament nie mieści się w żadnej skali. Najpierw się pobiją, a potem pomyślą. Scena w karczmie to istny majstersztyk, ukłony  :clap2: Czułam się tak, jakbym była w tej karczmie i oglądała krasnoludów w ich szczytowej formie (z bezpiecznej odległości oczywiście xD). Biedny Jaskier, kiedy on się w końcu nauczy trzymać język za zębami? Chociaż znając go, za chwilę będzie w Adris szaleńczo zakochany  :derp:

A co do Geralta...cóż, jak wiedźmin zaczyna przeklinać to wiadomo, że sprawa robi się poważna i żarty się skończyły  :lol:

Roche, ty kombinatorze. Wyobrażam sobie jak bardzo zdenerwuje go ucieczka więźniów ;D 

Dzisiejszą ucieczkę sponsorują Cedric i Tharlen  :lol:  :lol:  jakim cudem oni się jeszcze ze sobą dogadują to ja nie wiem, toż to woda i ogień :D Aż dziwne, że Tharlen faktycznie posłuchał i poczekał, ale warto było  :D


  • Kędziorek lubi to

 2nwch5L.png

I'm alone...

   


#75 Ruda

Ruda
  • 129 postów
  • Płeć:Kobieta
  • Lokalizacja:Honolulu

Napisano 27 maj 2018 - 14:35

O jaa, ale fajnie, że wróciłaś   :vivalabamba: 
Kurcze...o czym było opowiadanie? xD Żartuję, pamiętam ^^

Też się cieszę i postaram się nie robić już takich przerw, a jeśli będę zmuszona, to uprzedzę  :P 
Nie zdziwiłabym się, jakbyś zapomniała, dużo czasu minęło xD



 

Nie dziwię się, że to Twój ulubiony odcinek, mój chyba też. Ach, krasnoludy...Ich temperament nie mieści się w żadnej skali. Najpierw się pobiją, a potem pomyślą. Scena w karczmie to istny majstersztyk, ukłony   :clap2:

Dzięki! Naprawdę bardzo długo nad tą sceną siedziałam, dlatego cieszę się, że wyszła jak należy :D

 

 Biedny Jaskier, kiedy on się w końcu nauczy trzymać język za zębami? Chociaż znając go, za chwilę będzie w Adris szaleńczo zakochany   :derp:

Cały Jaskier, choć nie mogę obiecać, że nie zrobi w przyszłości czegoś dobrego  :lol: 
Ale w Adris to on się stanowczo nie zakocha xDD

 

A co do Geralta...cóż, jak wiedźmin zaczyna przeklinać to wiadomo, że sprawa robi się poważna i żarty się skończyły   :lol:

No cóż, nie da się zaprzeczyć Xd Choć skończyło się polubownie  :lol: 

 

Roche, ty kombinatorze. Wyobrażam sobie jak bardzo zdenerwuje go ucieczka więźniów ;D 

Roche kombinuje i kombinuje, ale w końcu coś mu się uda, tego możesz być pewna :P


 

Dzisiejszą ucieczkę sponsorują Cedric i Tharlen   :lol:   :lol:  jakim cudem oni się jeszcze ze sobą dogadują to ja nie wiem, toż to woda i ogień  :D Aż dziwne, że Tharlen faktycznie posłuchał i poczekał, ale warto było   :D

Tylko cierpliwość Cedrica sprawia, że ta dwójka się jeszcze nie pozabijała xD
Myślę, że Tharlen zwyczajnie czuje respekt przed starym elfem, który nie jedno w życiu widział ;)

Dodałabym odcinek, ale Kędzior obiecał komenta, więc czekam  :lol: 

 


gallery_57_14_140762.gif
Ayd f'haeil moen Hirjeth taenverde...


#76 Kędziorek

Kędziorek
  • 518 postów
  • Płeć:Kobieta
  • Lokalizacja:Poznań

Napisano 28 maj 2018 - 20:20

- No dobra, wygrałeś.

Gratulacje!  :clap2:  :clap2:  :w00t:  :hooray:  A w nagrodę... Cedric, kup sobie coś ładnego  :D

 

- Masz rację – przytaknął szatyn. – I o trzysta siedemdziesiąt lat starszy.

No weź, kto by to liczył? xD (no dobra, ja xDD) To patrząc na wiek, Rhena powinna się tu czołgać pod koniec wspinaczki  :lol:

 

- Skąd pewność, że to właściwa droga? Może przez te wszystkie lata zdążyłeś się nabawić sklerozy?

Jeszcze słowo, a Tharlen nabawi się bólu dupy i to dosłownie :whistle:

 

Niezmiernie mnie cieszy i dziwi, że Cerdic zdołał utemperować młodego, no ale źle na tym ostatecznie nie wyszli :D

 

A w karczmie jak w karczmie, dzień bez bijatyki do dzień stracony xD Ale nie wyrabiam ze śmiechu, kiedy sobie wyobrażam, jak krasnoludy z elfami rzucają się na siebie, a Geralt stoi między nimi, starając się bezskutecznie ich uspokoić. W tym momencie niezawodny jak zawsze okazuje się Jaskier. Kogo jak nie jego można nazwać znawcą kobiecej natury? Toż to on specjalnie poddał w wątpliwość siłę i umiejętności Adris, zdając sobie sprawę, że dzięki temu skupi się na nim. Poświęcił się dla dobra ogółu i dla dobra karczmy. To było wszystko przemyślane, mówię wam.

Btw. wciąż jestem niezmiernie ciekawa reakcji Iorwetha na wieść, że Smokokłamczyni żyje #teamRhena 

 

– Radziłbym się przymknąć i odpowiadać na pytania, jeśli chcecie wyjść z tego żywi.

Wydaje mi się, że krasnoludy nie poszły na ten układ, bo nie miały po prostu pojęcia, jak milczeć i odpowiadać na pytania jednocześnie, a głupio im było się przyznać  :rolleyes:

 

- Brudasy?! - Drugi wojak również nie wytrzymał. Wstał i od razu pomaszerował za kolegą. – Czekaj no, jak obetnę ci jęzor, to przestaniesz cwaniakować!

Krasnolud chyba miał rację, skoro przy wszystkich tych obelgach, to właśnie po tej strażnik postanowił uciąć mu język  :P  :lol:



#77 Ruda

Ruda
  • 129 postów
  • Płeć:Kobieta
  • Lokalizacja:Honolulu

Napisano 28 maj 2018 - 23:02

To patrząc na wiek, Rhena powinna się tu czołgać pod koniec wspinaczki   :lol:

Gdyby wciąż była na czarze Triss, wyprzedziłaby ich obojgu XD
 

W tym momencie niezawodny jak zawsze okazuje się Jaskier. Kogo jak nie jego można nazwać znawcą kobiecej natury? Toż to on specjalnie poddał w wątpliwość siłę i umiejętności Adris, zdając sobie sprawę, że dzięki temu skupi się na nim. Poświęcił się dla dobra ogółu i dla dobra karczmy. To było wszystko przemyślane, mówię wam.

 

Na bank...  :lol: :lol: :lol:  Uśmiałam się przy tym jak głupia, kiedy sobie przypomniałam, co zafunduje Jaskrowi w szóstym rozdziale XD


 

Wydaje mi się, że krasnoludy nie poszły na ten układ, bo nie miały po prostu pojęcia, jak milczeć i odpowiadać na pytania jednocześnie, a głupio im było się przyznać   :rolleyes:

Jasne, jasne  :D Nie łap Vernona za słowa kobieto, dobrze wiesz, że to nie o to chodziło XD

 

Krasnolud chyba miał rację, skoro przy wszystkich tych obelgach, to właśnie po tej strażnik postanowił uciąć mu język   :P   :lol:

Nie da się ukryć XDD


No i moje drogie panie, w taki oto sposób dotarłyśmy do ostatniej części rozdziału czwartego!
Piąty rozdział lubię chyba najbardziej, mam nadzieję, że przypadnie do gustu :P




Rozdział 4 (cz.5)
gallery_57_12_3219708.gif




                      Czas spędzony na podróży, mijał bardzo szybko. Iorweth wraz z Rheną, zawędrowali tuż nad jezioro Loc Eskalott, przy którym postanowili się zatrzymać tej nocy. Z jednej strony otaczały ich Mahakamskie wzgórza Craag Ros, porośnięte jodłą i modrzewiem, z drugiej zaś, można było dojrzeć czerwone dachówki wież Rivijskiego zamku, otoczonego gęstą mgłą. Gdyby nie pełnia księżyca lśniącego na lekko zachmurzonym niebie, pewnie żadna z baszt nie byłaby widoczna, utrudniając rozpoznanie terenu.

Elfy zakamuflowały się w gęstych krzakach nieopodal jeziora. Kolejny raz rozpalenie ogniska nie wchodziło w grę, gdyż byli zbyt blisko zabudowań i ktoś mógł ich zauważyć.
Czarnowłosa chwyciła za koc i usiadła na przygotowanym wcześniej posłaniu. Trzęsła się z zimna jak osika.
                   - Cholera – warknęła cicho, szczękając zębami. – Ledwo rozpoczęło się Vellen*, a czuje się, jakby już było tuż przed Saovine*. – Zarzuciła na siebie gruby pled i okręciła się nim szczelnie.
                   - Nie przesadzaj, nie jest jeszcze tak zimno. – Watażka usadowił się obok elfki, pozwalając jej oprzeć głowę na swoim ramieniu.
                   - Skoro tobie nie jest zimno szczwany lisie, to bądź tak dobry i oddaj mi choć odrobinę swojego ciepła, albo chociaż przytul do swego ciała – powiedziała, przysuwając się do niego tak blisko jak tylko mogła.
Uśmiechnął się pod nosem, po czym rozłożył swój koc i okrył nim siebie oraz Rhenę. Objął elfkę ramieniem, tuląc ją mocno do siebie.
                  - Zadowolona? – zapytał, spoglądając na nią z zaciekawieniem.
                  - Tak – przytaknęła i uniosła głowę, uśmiechając się do niego. – Jak zwykle mnie nie zawodzisz... – dodała, ściszając głos.
Przysunął usta do jej warg i pocałował ją delikatnie. Od czasu kiedy zrobił to pierwszy raz, nie hamował się z okazywaniem elfce, jak bardzo to lubi. Tamto wydarzenie znacznie zmieniło jego relacje z Rheną, które stały się teraz bardziej uczuciowe. Zmieniło jego. Ale tylko przy niej potrafił się otworzyć, pokazując jej bardziej czułą stronę swojej natury, a ona wiedziała, że w towarzystwie, Iorweth nadal będzie tym chłodnym i bezuczuciowym dyktatorem, który potrafi rzucić się w wir walki bez opamiętania. Nie przeszkadzało jej to, gdyż sama nie lubiła okazywać uczuć publicznie. Dla niej to było czymś bardzo prywatnym, z czym nie afiszuje się całemu światu, wiedziała również, że na wojnie nie ma miejsca na sentymenty. Dla niego była gotowa na wszystko, liczyło się tylko to, że był obok.
Minęły dwa tygodnie odkąd wyjechali razem spod Vattweir. Czuła, że kocha Iorwetha i przestała się bronić przed tym uczuciem, kiedy po raz pierwszy posmakowała jego ust. Nie była pewna jak to wygląda ze strony watażki, ale rozumiała, że jego rany muszą się zagoić, a stara miłość musi opuścić serce, by zrobić miejsce nowej. Nie pospieszała go, nie poganiała... choć sama nie miała zbyt wiele czasu. Tak naprawdę, to nie wiedziała ile go ma, dlatego cieszyła się każdą chwilą w towarzystwie ukochanego elfa.
                   - Poproszę więcej... – mruknęła, przysuwając się do jego warg.
                   - No nie wiem... – Lewy kącik jego ust, uniósł się delikatnie.
                   - A czegoż tu nie wiedzieć? – zapytała, wiedząc, że elf się z nią droczy. – Nie chcesz mnie rozgrzewać pocałunkami, to znajdzie się inny chętny... – dodała z przekąsem, przygryzając wargę.
                   - Niedoczekanie. Mówiłem, że nie lubię się dzielić..? – szepnął, po czym wyjął wolną rękę spod koca i wsunął ją we włosy elfki. Jego ciepłe wargi przywarły do zziębniętej  skóry na jej smukłej szyi. Poczuła jak przyjemne dreszcze przechodzą przez jej ciało, mieszając się z rozkosznym ciepłem spływającym wprost między lędźwie. Odchyliła głowę, pozwalając mu na więcej, a on z zachłannością zatopił usta w jej pachnącej skórze.
                  - Nie mówiłeś... – wypowiedziała ledwo słyszalnie.
Całe jej ciało, błyskawicznie rozgrzało się od pocałunków Iorwetha. Zapragnęła czegoś więcej.
                  - Więc mówię teraz... – mruknął jej do ucha, niskim, ochrypłym głosem.
Patrzył w jej rozpalone oczy, w których znów czaiły się małe ogniki. Wiedział czego chce Rhena.
                  - Nie podzielisz się nawet kawałkiem mego ciała..? – Wbiła w niego swój wzrok.
                  - Nawet odrobiną – odpowiedział, zbliżając się do jej warg. – Będę egoistą i zagarnę całe to piękno dla siebie – musnął ją ustami ledwo wyczuwalnie.
                  - A skąd ta pewność, że... to, co skrywam pod ubraniem jest tak piękne jak ci się wydaje? – znów przygryzła wargę ciekawa tego, co powie elf.
Watażka szybko przypomniał sobie o tym, co widział kilka tygodni temu i zaklął w myślach, zdając sobie sprawę, że już dawno powinien się przyznać do tego, co zobaczył tamtego poranka.
                  - Bo to właśnie o to, pokłóciłem się z twoim bratem – odparł poważnym tonem.
Tajemniczy uśmiech od razu zniknął z jej twarzy. Patrzyła na niego z zaskoczeniem, nie wiedząc jak powinna zareagować na to, co usłyszała.
                  - Ale, że... jak? To znaczy, że ty... – Jej policzki, robiły się coraz bardziej czerwone i tylko dzięki temu, że księżyc ledwo rzucał cień na ich twarze, elf nie mógł tego zobaczyć.
                  - Tamtego ranka chciałem z tobą porozmawiać. Kiedy się obudziłem nie było cię, więc postanowiłem cię poszukać. Po naszej wcześniejszej rozmowie nad rzeką pomyślałem, że właśnie tam cię znajdę i udałem się prosto nad wodospad – mówił, nie spuszczając z niej wzroku. – Reszty zapewne się domyślasz... a potem naszłaś na tą całą farsę z Tharlenem.
Elfka przez chwilę przyglądała się twarzy Iorwetha, czując jak serce wali jej szaleńczo. Poczuła się rozczarowana jego słowami. Odrzuciła koc, którym okrył ich elf, po czym przyłożyła mu w twarz tak mocno, że aż zapiekła ją dłoń. Zepchnęła rękę watażki ze swojego ramienia i odwróciła się do niego plecami. Wstyd i gniew, jednocześnie rozsadzały ją od środka.
Wiedział, że oberwie i zdawał sobie sprawę, że mu się należy, więc nawet nie zareagował na to, co zrobiła.
                   - Squaess'me Rhena – powiedział cicho.
Widząc, że elfka nadal się trzęsie, oddał jej swój koc, zarzucając go jej na ramiona i bez słowa oddalił się do najbliższego drzewa pod którym usiadł. Miał dużo czasu na rozmyślanie.

                                                                                                                                                                                                      

***

                                                                                                                                                                                               
Kiedy nad Vattweir zaszło słońce, ustępując miejsca księżycowi na granatowym sklepieniu, w obozie Wiewiórek, tuż przy pokaźnym ognisku, zebrały się elfie komanda wraz z krasnoludami. Jedni usiedli bliżej ognia, drudzy jedynie przystanęli bliżej, by móc usłyszeć co ma im do powiedzenia zastępca dowódcy Scoiata'el.
                     - Jak doskonale już wiecie, plotki się sprawdziły – odezwał się Eleyas. – Smokobójczyni żyje i została wyprowadzona z Vergen w eskorcie dwóch Temerczyków. Od tamtego zdarzenia minęło już trzy tygodnie i niestety, jak dotąd nie udało nam się ustalić gdzie znajduje się Saskia. – Wstał z miejsca i wolnym krokiem zaczął okrążać ognisko. Jansa łuna oświetlała skupioną twarz adiutanta, której wszyscy zgromadzeni przyglądali się z uwagą. – Dwa tygodnie temu, Iorweth i Rhena ruszyli w kierunku Bramy Solveigi, za przełęcz Elskerdeg, po komanda które czekają na wieści od swojej dowódczyni. Nie zdążyli się dowiedzieć o naszym odkryciu, dlatego pozostaje nam czekać na ich powrót. Tak czy inaczej, nie możemy siedzieć bezczynnie – mówił, przenosząc wzrok na siwowłosego gościa, który poza krasnoludami został wpuszczony do obozu.
                     - Wczoraj, po długiej nieobecności, Roche wrócił do Vattweir – powiedział wiedźmin, który skinieniem głowy został zachęcony do mówienia. – Od Jaskra wiem, że był w Temerii, zapewne właśnie tam wrócił zaraz po tym jak opuścił Vergen. Z tego co wywnioskował mój przyjaciel, nasz królewski agent był wściekły i nie miał ochoty na rozmowę. Nie udało mu się również ustalić, co się stało, jednak możemy być pewni, że Roche dowiedział się o ucieczce z kasztelu w Vergen i o tym, kto pomógł wszystkim krasnoludom w tej ucieczce.
                     - Za to kurwi syn nie ma pojęcia o tym, gdzie są teraz wszystkie krasnoludy – wtrącił Zoltan. – Ani te, którym pomogli Wiewiórcy, ani te, które udało im się zawrócić nieopodal Vergen – dodał, przenosząc spojrzenie na Cedrica.
                     - I właśnie dlatego powinniście tu zostać – odparł elf. – Przynajmniej dopóki nie ustalimy co dalej.
                     - Ehh, rwał jego mać. To siedzenie na rzyciach jest przygnębiające, Cedric. Obóz już pęka w szwach, a jeśli ta wasza elfia dowódczyni przywiezie swoje pięć komand, to będziemy się tu kisić jak sardele. To cud, że Roche jeszcze nas tu nie znalazł.
                     - Rozmawialiśmy już o tym Zoltan. W tej chwili wystawienie nosa poza obozowisko, może skutkować jedynie tym, że Roche was złapie dlatego będę uparcie trzymał się swojego zdania, że żaden z krasnoludów nie powinien teraz opuszczać tego miejsca. Jesteście tu bezpieczni, nikt o zdrowych zmysłach nie będzie zapuszczał się do jaskiń, w których mogą mieszkać potwory, dlatego również nikt nie wie, że za tymi jaskiniami jest wielka polana otoczona wysokimi skałami i raczej mało prawdopodobne, że ktoś nas tu znajdzie. Poza tym, my również chcemy odnaleźć Saskię, bo zależy nam, by tacy ludzie jak ten Temerczyk przestali nas w końcu gnębić.
                    - Dokładnie tak – przytaknęła Adris. – I nie musicie się martwić o Roche'a, prędzej utopi się we własnej krwi niż znajdzie to miejsce. Las jest gęsty, drzewa wysokie, a poza obozem pełno pułapek i nekkerów. Ktoś musiałby nas wydać, żeby Niebieskie Pasy trafiły na nasz trop.
                    - Trafne spostrzeżenie – wtrącił Geralt. – Zdrajcy czają się wszędzie, dlatego radziłbym się upewnić, że i w waszych szeregach ich nie ma, zanim zaczniecie wcielać swój plan w życie.
Eleyas i Ciaran jednocześnie spojrzeli na wiedźmina, marszcząc czoła. Poprzez odgłos trzaskającego w ognisku drwa, dało się słyszeć podszepty zgromadzonych.
                    - Do czego zmierzasz Gwynbleidd? – Pytanie zadane przez Eleyasa momentalnie uciszyło spekulacje. Zaciekawiony wzrok wszystkich elfów i krasnoludów skierował się wprost na Riva.
                    - Dwa dni temu, kiedy szedłem do horodniczego Vattweir po nagrodę za wykonane zlecenie, natknąłem się na dziwną postać. Skórzane spodnie, wysokie buty, zgniłozielona sukmana sięgająca przed kolano, a na niej zarzucona kolczuga. Twarz ukryta pod długim, czerwonym szalem i kapturem spod którego wystawały ciemne włosy sięgające do ramion. Na plecach łuk, wyglądający całkiem podobnie do waszych, a kiedy przechodził obok, wiatr prawie zerwał mu okrycie głowy, dzięki czemu zauważyłem szpiczaste uszy. Co ciekawe, od skroni przez policzek, po lewej stronie twarzy, ciągnęła mu się dość wyraźna blizna. Rozmawiał z ludźmi Roche'a... - Geralt skrzyżował ręce na klatce piersiowej, przyglądając się reakcji elfów. Znów zaczęły się podszepty.
                   - Nikt w naszych komandach nie ma blizny o której wspomniałeś – odpowiedział cierpko Ciaran. – Mogę cię zapewnić, że w naszych oddziałach nie ma zdrajców Vatt'ghern, to na pewno nie był żaden z naszych.
                   - Muszę się przyznać, żem też go widział – odezwał się Yarpen, dotychczas przysłuchujący się rozmowie. – Natknąłem się raz na niego w karczmie na obrzeżach miasta. Dziwny był ten osobnik, siedział w kącie, kaptur miał zaciągnięty na łepetynie i jedynie obserwował wszystkich dookoła, popijając piwo w samotności. Gęby jego żem nie widział, bo świeca stojąca na stole, przy którym swój chuderlawy tyłek usadził, była zgaszona.
                  - Kiedy to było? – Tharlen, który stał na uboczu wraz z elfkami z komanda siostry, przecisnął się przez tłum, by porozmawiać z krasnoludem.
                  - Przeddzień kiedy do karczmy z Geraltem i Jaskrem przyszliście. Byłem wieczorem zapytać o noclegi i go zobaczyłem. Co żeś się tak zaciekawił młody?
                  - Bo sposób w jaki opisał go Gwynbleidd, kogoś mi przypomina, jednak pamięć może mnie mylić. Dawno temu spotkałem podobnego elfa z blizną, ale przypuszczam, że s******l dawno zginął. Wyjątkowo porywczy był cwaniak i do bitki się garnął, no i w oczy się rzucał, przykuwał uwagę nieodpowiednich ludzi, ktoś taki zazwyczaj nie wiedzie długiego życia.
                 - Pamiętam... – wtrąciła się nagle, zamyślona Adris. – Że widziałam właśnie tak wyglądającego osobnika, kiedy razem z Ciaranem przyszliśmy pod karczmę, żeby z Jaskra informacje wyciągnąć. Kiedy weszłam do środka, minęłam go w drzwiach, posłał mi zabójcze spojrzenie, gdyż mało na niego nie wpadłam i syknął coś w starszej mowie na odchodne.
                - Czyżby jakiś szpieg? – zaciekawił się Cedric.
                - Jak wiecie, rano idę porozmawiać z Roche'em – powiedział wiedźmin. – Rozejrzę się po miasteczku, może uda mi się znaleźć tego elfa.
                - A póki co zajmijmy się sprawami bardziej ważniejszymi – odezwał się Eleyas. – Musimy odnaleźć Saskię, zanim Iorweth i Rhena wrócą pod Vattweir. To najlepszy sposób na wykorzystanie zbędnego czasu, zanim komanda spod Zerrikani przybędą w te okolice.
                - Półtora miesiąca – westchnął Zoltan. – Niby tak dużo czasu, a jednocześnie tak mało. Mam nadzieję, psia mać, że Saskia się odnajdzie i uda nam się odbić Vergen. Inaczej czeka nas sroga zima.

                                                                                                                                                                                                 

***

                                                                                                                                                                                                  
Poranek przywitał mieszkańców Vattweir ulewnym deszczem. Jedni pochowali się w domach, drudzy porozchodzili po karczmach, a jeszcze inni pochłonięci byli swoją pracą tak bardzo, że nawet nie zwracali uwagi na kapryśną pogodę.
Vernon Roche, wszedł do jednej z największych karczm w mieście i zdjął przemoczony do suchej nitki chaperon, wyciskając go w rękach jak szmatę do podłogi. Cisnął nakryciem głowy na blat i usiadł na krześle, skinieniem dłoni prosząc o piwo. Czekając na szklanicę złocistego trunku, w zamyśleniu spojrzał na puste krzesło po drugiej stronie stołu. Był wściekły i zawiedziony. W Vergen, nie udało mu się wyciągnąć zbyt wiele od uwięzionych krasnoludów, na dodatek Scoia'tael pokrzyżowali mu plany uwalniając wszystkich więźniów. Nie wiedział jak im się to udało lecz wiedział, że teraz jeszcze bardziej znienawidził Iorwetha, który w mniemaniu dowódcy Niebieskich Pasów, musiał coś wiedzieć na temat uprowadzenia Saskii. Ta jakże błędna myśl, nie chciała wyjść z głowy Vernona, a rosnąca nienawiść zaczęła coraz mocniej przysłaniać mu logiczne myślenie. Im bardziej szaleńcze myśli dobijały mu się do głowy, tym podlejsze pomysły rodziły się w jego umyśle. Mając sporo czasu na maniackie rozważania, doszedł do wniosku, że powolne wykończenie watażki poprzez tortury, nie byłoby wystarczającym sposobem na zadanie mu cierpienia. Kiedy wrócił do Temerii uruchomił sporo kontaktów, które od słowa do słowa, doprowadziły go do ludzi, którzy o niejakiej Rhene aep Elervir mogli powiedzieć mu bardzo wiele i to właśnie na niej królewski agent miał zamiar skupić się najpierw. Bez niej Iorweth stałby się dla niego o wiele łatwiejszym celem, dlatego sławetna Loa'then miała w pierwszej kolejności dostać to, co na początku było planowane dla dowódcy Wiewiórek. Niestety, już sam fakt, że elfka przebywała w towarzystwie jednookiego zabijaki, utrudniał odnalezienie jej, a co za tym idzie zadanie bólu. Jedynym co pocieszało w tej okropnej niemocy, był fakt, że Saskia stała się nieosiągalna dla nikogo. Uprzedzając czarodziejki z Loży, których powód spotkania stawał się coraz bardziej klarowny, Roche poczynił kroki na tyle pewne, że w tej chwili tylko cud mógł sprawić by jakaś guślarka odnalazła Smokobójczynię. Dwimeryt potrafił czynić cuda.
                    - Piwko dwa razy! – Przemyślenia Vernona, przerwał karczmarz stawiający na blacie dwa kufle złocistego trunku. Królewski agent zmarszczył czoło i spojrzał w kierunku miejsca po drugiej stronie stołu, które w tym momencie nie było już puste.
                    - Geralt z Rivii... – Roche zaczął trochę drwiącym tonem. – A byłem pewien, że rozpłynąłeś się w powietrzu tak jak mój więzień z barki we Flotsam... – dodał, przechylając się do przodu i oparł łokcie na drewnianym blacie, przenikliwie wpatrując się w siwowłosego.
                    - Vernon Roche. – Wiedźmin chwycił za kufel i upił sporego łyka. – A ja byłem pewien, że zaszyłeś się w Temerii, by uknuć kolejny bezpretensjonalny plan schwytania Iorwetha.
                    - Dobrze wiesz, że na tego s*****syna mam cały alfabet bezpretensjonalnych planów.
                    - Wiem. Choć zapewne i na mnie znalazłoby się kilka liter w alfabecie. Szczególnie po tym, jak uwolniłem Cedrica.
Dowódca Niebieskich Pasów również złapał za kufel i nie spuszczając oczu z rozmówcy, napił się piwa.
                    - Mam rozumieć, że nie dowiem się gdzie on jest? – Bardziej stwierdził niż zapytał. – W Bindudze są pewni, że nie żyje.
                    - I tej wersji się trzymajmy, Vernon. – Geralt uśmiechnął się ledwo widocznie. – Choć po twojej minie wnioskuję, że chętnie byś się na kimś wyżył. Właściwie to, co ty tu jeszcze robisz? Byłem pewien, że ominie mnie spotkanie z tobą w najbliższym czasie.
                    - Pewnie ominęłoby cię to spotkanie, gdyby nie to, że doniesiono mi o bójce pewnego wiedźmina, barda, elfów i krasnoludów, która miała miejsce jakieś dwa tygodnie temu... Może wiesz coś na ten temat Geralt? – Roche pociągnął kolejnego łyka piwa. Miał istotny powód dla którego się tu zjawił, ale czuł, że nie powinien go wyjawiać swemu rozmówcy, dlatego postanowił wybadać inną sprawę, przy okazji odsuwając się od podejrzeń.
Wiedźmin wiedział, że dla królewskiego agenta nie ma rzeczy niemożliwych, dlatego spodziewał się takiego pytania, choć nie do końca wszystko mu pasowało.
                   - No cóż, skłamałbym gdybym powiedział, że mnie tam nie było. Musiałem ratować Jaskra, biedak sobie nagrabił po tym jak przystawił się do elfki, mówiąc przy jej towarzyszu, że nie ma piękniejszych dziewek od elfich. Jak wiesz, krasnoludy potraktowały to jak zniewagę dla ich kobiet, więc wyciągnęły topory. A że Yarpen, Sheldon i Zoltan są szczególnie wyczuleni na takie zniewagi i przy okazji rozwalenia łba Jaskra, zaczęli ubliżać elfom... – Wiedźmin wzruszył ramionami i sam napił się złocistego trunku.
Temerczyk przez chwilę zastanawiał się nad słowami Geralta. Osobiście sprawdził karczmę na obrzeżach i wypytał karczmarza, który twierdził, że trzech krasnoludów rzuciło się z toporami na parę elfów, a bard mało co nie oberwał przez łeb, chowając się za wiedźminem. Wytłumaczenie znajomego wydawało się wiarygodne, podobnie jak użycie broni przez nieludzi. W czasach kiedy czyhano na każdego kto tylko nie jest człowiekiem, trzeba było umieć się obronić.
                  - Daj spokój Vernon, nie myśl już tyle. Napij się piwa ze starym druhem, porozmawiaj o dupie marynie, zamiast doszukiwać się wszędzie spisku i choć na chwilę odpocznij od knowań – powiedział siwowłosy. – No chyba, że lubisz żyć w stresie, to na siłę nie odwiodę cię od twoich barbarzyńskich pomysłów – dodał, podnosząc do góry kufel, by stuknąć się nim z rozmówcą. Nie przychodziło mu łatwo wymijanie się od prawdy, ale nie chciał by Vattweir, gdzie żyło wielu niewinnych ludzi, spotkał los Flotsam, no i pozostawała jeszcze kwestia Jaskra, który wplątał się w szpiegowanie, oraz Triss, która zwyczajnie zniknęła mu sprzed nosa. Nie lubił stawać między młotem a kowadłem, ale w tej kwestii nie miał już wyboru. Za bardzo uwikłał się w ten cały chlew.
                   - Może i masz rację – westchnął Roche, drapiąc się po głowie. Spojrzał na przemoczony chaperon leżący na stole po czym chwycił za swoje piwo, stukając się z kuflem Geralta. – Chwila odpoczynku jeszcze nikomu nie zaszkodziła.
                   - Tobie nie jest potrzebny chwilowy odpoczynek, tobie jest potrzebne długie wolne – mówił Riv, przyglądając się wchodzącym do karczmy ludziom.
                   - Zapomniałeś już chyba, że tacy jak ja nie miewają wolnego. Ja odpoczywam w pracy, Geralt – Przyłożył brzeg kufla do ust i opróżnił go do połowy. – A swoją pracę wyjątkowo lubię.
                   - Zdaję sobie sprawę. – Wiedźmin przytaknął lecz nagle jego czoło zmarszczyło się groźnie. Temerczyk od razu to wyłapał i odwrócił się za siebie, by spojrzeć w tym samym kierunku co jego kompan. Do pomieszczenia wszedł wysoki, zakapturzony osobnik z twarzą przysłoniętą szalem i usiadł przy stole, w najciemniejszym kącie karczmy.
                  - Co to za jeden? – Roche mruknął pod nosem, odwracając się w kierunku Geralta.
                  - Pojęcia nie mam, ale widziałem go niedawno, jak rozmawiał z twoimi ludźmi. Wiem jedynie, że to elf.
                  - Elf...? Z moimi ludźmi? Jaja sobie ze mnie robisz?
                  - A czy wyglądam jakbym żartował? – Siwowłosy spojrzał na Roche'a, unosząc brew w zaciekawieniu na jego odpowiedź.
Królewski agent siedział przez chwilę w zupełnym milczeniu, zastanawiając się o co może chodzić, lecz szybko postanowił rozwiać swoje wątpliwości. Opróżnił kufel do dna i wstał.
                  - Cholera cię wie, wiedźminie. – Chwycił za chaperon i mimo tego, że wciąż był mokry, wciągnął go na głowę. – Tak czy inaczej, sprawdzę to – dodał i ruszył w kierunku zakapturzonego wojownika, by po chwili przystanąć przy jego stole.
Elf uniósł głowę, odchylił lekko szal zasłaniający mu twarz i spojrzał w oczy dowódcy Niebieskich Pasów, z kamiennym wyrazem twarzy.
                   - Podobno węszysz wśród moich ludzi. – Temerczyk zaczął typowym dla siebie, oschłym tonem. – Szukasz śmierci? Czy zwyczajnie nie masz pojęcia czym zajmuje się oddział, którym dowodzę?
Siedzący w oddali Geralt, nadstawił uszu, dopijając swoje piwo.
                   - Dhoine... – Elf parsknął z pogardą. – Jak na swoją marną rasę, za głośno szczekacie psy.
Słynący ze swojego porywczego charakteru Roche, uderzył pięścią w stół i nachylił się tuż nad twarzą rozmówcy.
                   - I właśnie za to nienawidzę elfów – wycedził przez zęby. – Parszywe ścierwo nie wie gdzie jego miejsce.
Czując szykującą się bójkę, wiedźmin gwałtownie wstał od stołu i w trzech krokach znalazł się obok królewskiego agenta.
                  - Nie warto, Vernon. Szkoda pięści na kogoś kto szuka jedynie marnej okazji do oprania czyjejś gęby.
Elf uśmiechnął się paskudnie i również wstał, zdejmując z głowy przemoczony kaptur.
                  - Vatt'ghern wyjdzie... Wtedy porozmawiamy Temerczyku – powiedział z twardym, Nilfgaardzkim akcentem. Po lewej stronie jego twarzy, malowała się długa blizna, ciągnąca się od skroni, aż po linię żuchwy. Przy poprzednim spotkaniu, Geralt nie zdołał przyjrzeć się dokładnie, teraz postanowił zapamiętać obydwie istotne rzeczy, zarówno akcent jak i sposób w jaki ciągnęła się ta blizna.
                  - Akurat – odburknął Roche. – On wyjdzie, a ty wsadzisz mi ostrze, które chowasz pod płaszczem, w sam środek serca. Wiedźmin zostaje. Inaczej nie ma mowy o rozmowie... elfie.
Rozmówca bez zbędnego zastanowienia, zaciągnął na głowę kaptur i poprawił szal.
                  - Jeśli chcesz porozmawiać, musisz być sam – odparł dobitnie, po czym ruszył do wyjścia. Kiedy zniknął za drzwiami, dowódca Niebieskich Pasów od razu pożałował, że nie zmienił zdania.

                                                                                                                                                                                                    

***

                                                                                                                                                                                                    
Kolejna noc jaka rozpoczęła się w obozie Wiewiórek, zapowiadała się wyjątkowo wesoło. Kilku krasnoludów w towarzystwie Zoltana, poszło po bimber który z nudów zaczęli pędzić, gdy tylko znaleźli się w elfickiej osadzie nieopodal Vattweir. Z racji, że alkoholu uzbierało się nie mało i był to ostatni dzień przed poszukiwaniami Smokobójczyni, kiedy można sobie pofolgować, kilkunastu elfów i ich krasnoludzkich kompanów, postanowiło zorganizować sobie popijawę. Rozsiedli się przed ogniskiem i zaczęli osuszać beczki, przygrywając wesołe melodie, przeplatane z pijackimi piosenkami o wszystkim i niczym.
Cedric, który kompletnie nie mógł zasnąć, postanowił dosiąść się do wesołej gromady i poobserwować podpite towarzystwo. Usiadł między Azą i Alią, dwoma urodziwymi dziewczynami z komanda Rheny, o gęstych blond lokach, małych, zadartych noskach, uroczych uśmiechach i bujnych kształtach, po czym oparł się o drzewo, które miał za plecami. Rozluźnione elfki od razu przykleiły się do niego jak rzepy, nie mając zamiaru go wypuścić.
                         - Coś taki osowiały skarbie? – Aza przejechała dłonią po torsie szatyna, robiąc smutną minę. – Musimy go rozruszać Alia! – dodała wesoło, nie czekając na odpowiedź.
Tharlen zaśmiał się donośnie, przyglądając się lekko zdezorientowanemu elfowi, który nie bardzo wiedział jak ma zareagować na to, co się dzieje.
                         - Koniecznie Aza, koniecznie! – przytaknął bez większego namysłu. – Rozruszajcie tego staruszka i pokażcie mu jak się bawią pod Zerrikanią! – Uniósł do góry kubek z bimbrem i stuknął się z siedzącym obok Yarpenem.
                         - A jakże, a jakże! – zawtórował krasnolud, uśmiechając się szeroko. – Wasze zdrowie mizerne chuderlaki, obyśmy już zawsze żyli w takiej pięknej komitywie jak teraz! – dodał, ponownie stukając się kubkami.
                        - I wzajemnie karły brodate! – wyrwał się Ciaran, przysiadając się obok Tharlena. – I oby wszystkich kurwi synów szlag trafił!
                        - O to, to! – wyrwał się Sheldon, po czym opróżnił swój kubek do dna. – Polej no mi tam który! – krzyknął donośnie i uśmiechnął się szeroko widząc jak jeden z elfów dolewa mu bimbru. - A razu pewnegoooo... – zaczął śpiewać lecz szybko poplątały mu się słowa. Machnął ręką i upił kolejnego łyka alkoholu.
                       - A razu pewnego, do cycka twojego, ma broda się przykleiłaaa... – podłapał Yarpen, który zaczął śpiewać donośnym głosem. – Odkleić ją chciałem lecz siły nie miałem...
                      - Szła laseczka dooo... - zaczął Zoltan, ale od razu przerwał, zdając sobie sprawę, że coś pomieszał.
Wszyscy zarechotali głośno, by po chwili wrócić do dalszego opróżniania beczek z bimbru.
Adris siedziała w oddali i z lekkim wyrazem zawodu na twarzy, obserwowała Cedrica otoczonego dwiema elfkami, które nijak nie chciały się od niego odkleić. Przeniosła wzrok na rozweselonego Ciarana i pociągnęła sporego łyka mocnego alkoholu, krzywiąc się przy tym nieznacznie.
                     - A może taki mój los..? – mruknęła do siebie pod nosem. – Ehh, szlag by tego chutliwca... – wycedziła przez zęby. Dopiła resztki z kubka, po czym westchnęła głośno w niemocy. Choć wciąż miała coś do szatyna, adiutant podobał jej się coraz bardziej, a jej coraz ciężej było się opierać przed jego zalotami. Siedziała przez chwilę wpatrzona w ogień, wsłuchując się w pijackie piosenki zgromadzonych, kiedy nagle poczuła jak czyjeś ramie obejmuje ją czule. Uniosła głowę i z oczami wielkimi jak spodki, spojrzała na elfa siedzącego obok, który z każdą chwilą przyciskał ją do siebie coraz mocniej.
                    - Ciaran, co ty robisz, cholero jedna?! – warknęła, próbując się wyswobodzić. – Mam już po dziurki w nosie twoich końskich zalotów, puszczaj albo twoje krocze to popamięta!
                    - Oj Enid, nie bądź już dla mnie taka niedobra... może byśmy poszli gdzieś razem...? – zapytał adiutant. Objął blondynkę mocniej, po czym uśmiechnął się do niej uroczo.
Oczy Adris rozszerzyły się jeszcze bardziej, a na twarz wstąpiły płomienne rumieńce.
                    - O czym ty gadasz, zbereźniku?! – krzyczała, lecz w tym gwarze nie usłyszał jej nikt prócz Ciarana. – Idź wychędoż drzewo jak nie możesz wytrzymać, a ode mnie wara! – dodała ze złością, strącając jego rękę ze swojego ramienia.
                    - Pięknie się rumienisz... – powiedział elf, ponownie obejmując blondynkę. W ogóle nie zwracał uwagi na jej docinki. W głowie przyjemnie mu szumiało i miał zamiar wykorzystać śmiałość jakiej nabrał po alkoholu.
                    - Co ci się dzieje Ciaran?! – Adris gwałtownie odwróciła głowę, lecz ledwo to zrobiła, a poczuła jego dłoń na swoim podbródku. – Pijany jesteś chutliwcze! Wytrzeźwiej, wtedy pogadamy cwaniaku! – dodała, odsuwając się od niego nieznacznie.
Adiutant już chciał podjąć kolejną próbę poderwania elfki, kiedy nagle zauważył, że z Cedriciem dzieje się coś dziwnego. Szybko podniósł się z kłody drzewa na której siedział i ruszył w kierunku elfa. Tharlen również poderwał się na równe nogi i podbiegł do szatyna, zdecydowanym ruchem odsuwając od niego Azę i Alię.
                  - Cedric, co się dzieje? – Po chwili tuż obok znalazła się również Adris.
Gwar panujący dookoła zaczął potwornie drażnić uszy elfa, a jasna łuna buchająca z ogniska wręcz paliła go w oczy.
                  - Saskia... – wymamrotał, czując jak ból głowy jeszcze bardziej się nasila. Opadł plecami na stojące z tyłu drzewo i przyłożył palce do skroni, zaciskając powieki. Przed oczami zaczęły pojawiać mu się obrazy, w których widział Smokobójczynię.
                  - Co z Saskią? – zapytał Yarpen, który przestał bełkotać krasnoludzkie melodie, gdy tylko usłyszał imię dziewczyny. Reszta również ucichła, przenosząc wzrok na Cedrica.
Szatyn nie odpowiedział, gdyż zwyczajnie tego nie usłyszał. Całkowicie odciął się od zgromadzonych, przenosząc się w zupełnie odległe miejsce, oddalone sporo kilometrów stąd.
                  - Wolnością nie można kupczyć, za to, co zrobiliście spotka was sroga kara!
                  - Oszczędzaj siły dziewczyno, wciąż nie wyglądasz najlepiej.
                  - Moi ludzie mnie znajdą. Znajdą mnie, słyszysz?!
                  - Nie znajdą. Ani ludzie, ani czarodziejki. Wiesz co to dwimeryt? Wszędzie go tutaj pełno, żadna czarodziejka nie da rady namierzyć cię w takim miejscu, a twoi ludzie myślą, że nie żyjesz.
                  - Ile macie zamiar mnie tu trzymać? Co takiego wam zrobiłam?!
                  - Chciałaś dać schronienie mordercom i recydywistom, którzy za murami wolnego Vergen dostaliby czyste karty. Powinna ich spotkać kara, nie nagroda!
                  - Sami mordujecie niewinnych w imię Temerii... Czym różni się zbrodnia popełniona przez wasz oddział, a czym przez elfy? Krew nas wszystkich jest tak samo czerwona!
                 - Cedric? Cedric co się dzieje?! - Adris potrząsnęła elfem, który otworzył szeroko powieki, spoglądając w jakiś odległy punkt tuż przed sobą. Oczy miał zamglone i nie reagował na żadne słowo.
                - Co się z nim dzieje, *****ncka mać? – Yarpen spojrzał po Wiewiórkach, kompletnie zbity z tropu.
                - To nic nie da Adris – odezwał się Ciaran, czując jak szumi mu w głowie. – Cedric ma wizje i pewnie jest gdzieś daleko stąd. Pytanie tylko gdzie...
                - Po tym co powiedział, pewnie gdzieś, gdzie jest ta wasza Saskia – dodał Tharlen.
Nagle szatyn zacisnął powieki i przetarł twarz dłońmi. Czuł jak powoli wraca do rzeczywistości.
                - Nareszcie, *****! – bąknął Yarpen, widząc, że elf znowu jest sobą. – Już żem się przestraszył, że cię jakieś cholerstwo opętało i zaraz wysiekasz nas co do jednego.
                - Co tam widziałeś? – zapytała Adris, nie czekając, aż elf odpowie krasnoludowi.
                - Jakieś... zdarzenie z przeszłości... – mruknął Cedric, wciąż masując się po skroniach.
                - Z przeszłości? Skąd ta pewność, że to była przeszłość? – zapytał zdziwiony Tharlen.
                - Bo Roche wciąż jest w Vattweir... A ja dosłownie patrzyłem na Saskię jego oczami i wątpię, by trzymał ją gdzieś w okolicy, to nie w jego stylu.
                - Orzesz w mordę! – uniósł się Sheldon. – Do gorszego łba wleźć nie mogłeś.
Zoltan zmierzył wzrokiem swoich kompanów i przeniósł zaciekawione spojrzenie na elfa.
                - Mniejsza o łeb. Lepiej powiedz coś tam widział.
                - Saskia wciąż dochodzi do siebie po tym zatruciu. Jest słaba, lecz w rozmowie z Temerczykiem zachowuje pozory. Roche mówi coś o tym, że wszyscy myślą, że ona nie żyje, więc nikt jej szukał nie będzie, a czarodziejki choćby chciały, nie namierzą jej przez dwimeryt, który blokuje wszelką magię.
                - No i proszę. Stało się jasne jak słońce po co te babska się na zebraniu Loży spotkały – powiedział Ciaran. – Eilhart pewnie wiedziała o tym, że Saskia żyje. Gdzie jest Smokobójczyni, Cedric?
                - Nie wiem. Nie udało mi się tego wyłapać. Widziałem tylko, że na zewnątrz było już ciemno – westchnął szatyn. Nagle jednak zmarszczył czoło i przeleciał wzrokiem po zgromadzonych. – Jak wyglądał ten elf, o którym wspominał wczoraj Gwynbleidd?
                - Z tego co zapamiętałam, to miał ciemne włosy do ramion i bliznę na policzku, a jego twarz była osłonięta szalem – odparła Aza.
                - I kaptur miał na głowie – dodała Alia. – To aż tak istotne?
                - Kiedy Roche wyszedł z pomieszczenia, zdążyłem zauważyć czyjąś postać zanim wizja zniknęła. Nie był to zbyt wyraźny obraz, ale ten mężczyzna na pewno miał na głowie kaptur.
                - Ale to by znaczyło, że mogłeś widzieć to, co się aktualnie działo – powiedziała Adris, przenosząc wzrok z elfa na krasnoludy. – Vatt'ghern był tu przed południem. Mówił, że spotkał tego elfa w karczmie, chciał koniecznie porozmawiać z Roche'em na osobności, ale ten się nie zgodził i elf wyszedł. Aż takim aktorem ten kurwi syn nie jest, żeby udawać przed wiedźminem zaskoczenie z faktu, że jakiś elf chce z nim rozmawiać, mimo jego stanowiska w Temerii. Nie wierzę, żeby znali się wcześniej i stawiam, że rozmowa między tą dwójką doszła do skutku, albo właśnie jest w trakcie – mówiła, ponownie przenosząc wzrok na elfa. – Dam sobie rękę obciąć, że widziałeś Saskię sprzed paru minut, nie dłużej.
                 - I to by również znaczyło, że dziewka jest gdzieś pod naszym nosem, a my kretyni ciągle mamy zamiar do samej Temerii dupska pchać – odezwał się Zoltan.
                 - Chyba czas iść po Eleyasa. – Ciaran skrzyżował ręce na klatce piersiowej. – Wygląda na to, że musimy sporo zmienić w naszym planie.  





_______________
Słownik starszej mowy:
*Vellen - ekwinokcjum jesienne, trwa (mniej więcej) od września do listopada
*Saovine - czyli zamieranie, jest to również święto, od którego rozpoczyna się okres zimowy, trwa przez listopad i grudzień (przynajmniej tak wynika z elfiego kalendarza który znalazłam, ale stuprocentowej pewności nie mam)  

 


  • Kędziorek lubi to

gallery_57_14_140762.gif
Ayd f'haeil moen Hirjeth taenverde...


#78 Kędziorek

Kędziorek
  • 518 postów
  • Płeć:Kobieta
  • Lokalizacja:Poznań

Napisano 04 czerwiec 2018 - 13:10

– Nie chcesz mnie rozgrzewać pocałunkami, to znajdzie się inny chętny... – dodała z przekąsem, przygryzając wargę.

Echhh... :rolleyes: Jedno ze zdań, których wypowiedzenie niesie za sobą poddanie w wątpliwość wierności wypowiadającego. Dobrze, że Iorweth mimo wszystko zna się na żartach xD A jakby co, to Jaskier był chętny :lol:

 

I było już tak pięknie, TAK PIĘKNIE, może nawet nekker czy inny utopiec by im nie przeszkodził, ale NIE! Musiał jej powiedzieć! Znaczy ja rozumiem, dobrze być szczerym, no i lepiej, żeby to on jej powiedział niż Tharlen, ale czemu właśnie TERAZ? Nie mógł jej zamknąć ust pocałunkiem i przełożyć tę rozmowę na inny moment? Bardziej dogodny (czyli kiedy by się do siebie tak nie przytulali)?  :u347miechwrednyth7:

 

Wstyd i gniew, jednocześnie rozsadzały ją od środka.

Nie no czaję gniew, bo podglądał ją facet, którego najchętniej sama by rozebrała wzrokiem (ach te baby!), ale wstyd? Akurat takie ciała nie ma się co wstydzić, Iorweth potwierdzi :lol:

 

Wyjątkowo porywczy był cwaniak i do bitk się garnął

On na pewno siebie nie opisuje? :hmmm:

 

Musimy odnaleźć Saskię, zanim Iorweth i Rhena wrócą pod Vattweir. 

Wyobrażam sobie, jak Iorweth z Rheną wracają do obozu, a tam sobie Saskia normalnie siedzi przy ognisku jak gdyby nigdy nic. Rozwala mnie ta myśl :lol2:

 

Vernon Roche, wszedł do jednej z największych karczm w mieście i zdjął przemoczony do suchej nitki chaperon, wyciskając go w rękach jak szmatę do podłogi. Cisnął nakryciem głowy na blat

Vernon zdjął charperon?! :o Zawsze myślałam, że on w tym je, śpi, kąpie się i nie zdejmuje go nawet u fryzjera :lol:

 

A co to on mi tutaj przeciw Rhenie knuje? Bez takich mi tu  :hmm:

 

A Cedric jakie ma branie :lol: Szczególnie wśród elfek z Zerrikanii, najpierw Rhena, teraz te dwie blondi :lol: A Ciaran niech korzysta z okazji, wiele chyba Adris nie trzeba by się w końcu poddać :D

 

 - I to by również znaczyło, że dziewka jest gdzieś pod naszym nosem, a my kretyni ciągle mamy zamiar do samej Temerii dupska pchać

Jak to dobrze, że Cedric ma ten swój dar, bo inaczej naprawdę by się wygłupili xD



#79 Charionette

Charionette
  • 345 postów
  • Płeć:Kobieta

Napisano 04 czerwiec 2018 - 22:09

No no, Iorweth i Rhena, nareszcie szykuje się jakaś pikantniejsza scenka   :u347miechwrednyth7:  aż tu nagle...

 

  - Bo to właśnie o to, pokłóciłem się z twoim bratem – odparł poważnym tonem.

 

What what what?! Iorweth, ty tak na serio? Uwaga wszyscy, mamy nowego mistrza psucia nastroju  :yay:

Ale serio, nie mógł sobie odpuścić i powiedzieć jej później? Jakoś przez dwa tygodnie nie czuł takiej potrzeby  :axe:  Też bym go uderzyła, chociaż z nieco innych powodów  :D

 

Ooo, jakaś tajemnicza postać (tzn. mam nadzieję, że nie powinnam jej kojarzyć ani z wcześniejszych rozdziałów ani z gry), podoba mi się :D fajnie, że ktoś jeszcze wpadnie namieszać, życie bohaterów jest przecież takie nudne  :ike:  Geralt jaki spostrzegawczy, opis pierwsza klasa. Co oni by bez niego zrobili? Nagle się okazuje, że podejrzanego typa wszyscy widzieli, ale tylko Gerwant był na tyle mądry, żeby zauważyć, że coś może być z nim nie tak.

Czekałam na tę rozmowę Roche'a z Geraltem i się nie zawiodłam. Uwielbiam jak ścierają się ich charaktery <3 Jestem pełna podziwu dla dyplomacji i sprytu Geralta w tym odcinku. Tak genialnie prostej i uniwersalnej historyjki nie wymyśliłby chyba sam Jaskier  :lol:

O cholera...Nilfgaardzki elf zdrajca, no to niedobrze, jeśli jest tak jak myślę (i pamiętam) to pewna postać będzie bardzo niezadowolona gdy się o tym dowie.

 

Pijacka impreza nieludzi to dokładnie to, czego świat teraz potrzebuje  :lol: Bardzo fajna scena, uśmiałam się (już nie skomentuję tych końskich zalotów Ciarana do Adris, chyba dobrze, że im przerwano xD). Oczywiście do pewnego momentu...bo Cedric pod wpływem wizji był troszkę przerażający. O rany, ale akcja się zagęszcza, mam nadzieję, że znajdą Saskię i uda się ją uwolnić. 


 2nwch5L.png

I'm alone...

   




Również z jednym lub większą liczbą słów kluczowych: ruda, wiedźmin, fanfic, aenseidhe

Użytkownicy przeglądający ten temat: 0

0 użytkowników, 0 gości, 0 anonimowych